Ostrowiec Swietokrzyski
AKTUALNOŚCI
 KONKURSY/RECENZJE FILMOWE WIDZÓW - Zapraszmay do lektury nowych recenzji filmu "TULIPANOWA GORĄCZKA" autorstwa Kingi Nowak, Julii Żelaznej i Kingi Grudniewskiej z LO nr I im. Stanisława Staszica.
zobacz plakat

przejście do lektury recenzji w rozwinięciu "czytaj więcej"

RECENZJE FILMOWE WIDZÓW

"TULIPANOWA GORĄCZKA" (1)

Zakochanie to dla ludzi dziwny i zagadkowy stan uniesienia. Będąc zakochanym, człowieka ogarnia namiętność i uczucie szczęścia. Kochankowie zapominają o bożym świecie, nie liczą się dla nich konsekwencje, pragną każdą chwilę spędzać razem, cały świat widzą przez tzw. „różowe okulary”. Namiętność z biegiem czasu przeradza się w płomienny romans, jednakże zarówno jak szybko się pojawia, równie szybko mija. Zakochana osoba pragnie mieć poczucie bezpieczeństwa, zadowolenie, przynależność do drugiej osoby.
Za idealny, moim zdaniem przykład sytuacji, w której bohaterów ogarnia namiętność , może posłużyć film reżyserii Justina Chadwicka pt. „Tulipanowa gorączka”, czyli burzliwy romans zrealizowany na podstawie bestsellerowej powieści Dobory Moggach. Film opowiada o życiu urodziwej Sophii, która zostaje wydana za mąż za bogatego kupca. Mimo iż kobieta nie odwzajemnia uczucia małżonka, gotowa jest spełnić jego pragnienie i podarować mu potomstwo. Pyszny Cornelis pragnie zostać uwieczniony wraz ze swą ukochaną na portrecie, dlatego też zatrudnia zdolnego malarza, Jana. Nie dostrzega jednak, uczucia rodzącego się między artystą a własną małżonką. Gdy zaczyna istnieć ryzyko, że tajemnica zakochanych może ujrzeć światło dzienne, kochankowie obmyślają plan. Ma to być pierwszy krok do wspólnej, lepszej egzystencji. Jednak jak to w życiu bywa, nie zawsze wszystko toczy się tak, jakbyśmy chcieli, czasami sama namiętność nie wystarcza.
Nie zdradzając zakończenia, mogę przyznać, że obejrzenie produkcji było bardzo dobrą decyzją. Romantyczny nastrój filmu owiany zapachem tulipanów spowodował w moim przypadku refleksję i wzruszenie. Film godny polecenia.

Kinga Nowak
klasa II D
LO Nr I im. St. Staszica


"TULIPANOWA GORĄCZKA" (2)

„Tulipanowa gorączka” Justina Chadwicka to po prostu wspaniały film o miłości, która rozkwita w siedemnastowiecznej Holandii. Wraz z nią rozkwita tytułowa „tulipanowa gorączka”, która jednak przy okazji zakłóca porządek i łamie plany, niczym wicher łamie łodygi kwiatów.
Przenosimy się do Amsterdamu – gdzie majętny kupiec, Cornelis Sandvoort (Christoph Waltz), żeni się z cichą, aczkolwiek niezwykle piękną Sophie (Alicia Vikander). Dziewczyna nie odwzajemnia uczuć małżonka, ale jest wdzięczna za jego dobro i troskę. Pewnego dnia Sandvoort postanawia uwiecznić pamięć o sobie i o swojej żonie – w tym celu wynajmuje młodego, urodziwego malarza Jana (Dane DeHaan), aby wykonał ich portret. Jak się później okaże, był to dość nierozważny krok – zaczyna się namiętny romans między czarującą Sophie, a ubogim artystą. Sprawy zaczynają się komplikować.
"Tulipanowa Gorączka" wywołuje nostalgię za minionymi czasami, gdyż odwołuje się do dawnych form opowiadania. Powstał film o sztuce i miłości do sztuki. O miłości do kwiatów, o hazardzie - historia niezwykle dynamiczna, bo losy miłosnego trójkąta usiane są zaskakującymi zwrotami. Wyważone tempo akcji i opieranie się na sentymentalizmie potęguje pozytywne wrażenia.
Justin Chadwick stworzył kino kostiumowe, które jest wizualnie olśniewające. Stroje bohaterów zachwycają kunsztem wykonania. Alicia Vikander w każdej sukni wygląda olśniewająco. Scenografia filmu oddaje w pełni klimat siedemnastowiecznej Holandii, która prezentuje się na wielkim ekranie bez zarzutu. Zarówno, gdy jesteśmy we wnętrzach domów i komnat, jak i na zewnątrz, oglądając zatłoczone ulice miasta, iluzja jest perfekcyjna. Na naszych oczach ożywa Amsterdam sprzed lat. Wyraźnie widzimy ślady inspiracji malarstwem niderlandzkim, które niesie ze sobą kompozycja kadrów i gra światłem. Wszystko zostało pięknie nakręcone.
W "Tulipanowej gorączce" dominuje przede wszystkim wątek miłosny, który budzi pewne zastrzeżenia. Film ten był zapowiedziany jako mocno nasączony erotycznie. Pomimo scen zbliżeń młodych kochanków oraz ich uniesień, chemia między nimi jest mało wyczuwalna. Uczucie kochanków zdaje się był ułudne i płytkie. Miłość fizyczna przyćmiewa uczucie duchowe. Wątek miłosny zostaje jednak obroniony. Pozytywnym i niezakłamanym ogniwem miłości są tu rozpalone namiętności postaci drugoplanowych. Przed naszymi oczyma - niczym tulipan - rozkwita romans służącej - Marii (Holliday Grainger) - oraz sprzedawcy ryb -Willema (Jack O'Connell). Tworzą uczucie, któremu widz kibicuje i śledzi ich losy z zapartym tchem. W efekcie związek tych postaci jest o wiele bardziej przekonujący, dynamiczny i angażujący.
Film warto obejrzeć z powodu mocnej obsady aktorskiej. Asem w rękawie jest przede wszystkim zdolna Alicia Vikander - wyjątkowo krucha i elektryzująca zarazem. Nic dziwnego, że to właśnie sceny z jej udziałem można uznać za naprawdę poruszające. W pamięć zapada scena, której Sophia uświadamia sobie, że znalazła się w sytuacji beznadziejnej. Zagubiona kobieta wzbudza litość. Nawet w drugoplanowych rolach oglądamy takie gwiazdy jak Judi Dench czy Zach Galifianakis. Grają z lekkością, aż chce się ich oglądać.
„Tulipanowa gorączka” nie przedstawia zwiędłych badyli, tylko świeży bukiet „miłych wrażeń”. Myślę, że warto obejrzeć ten melodramat, gdyż jest to kino lekkie, które zapewni pożądany dreszczyk emocji. Historia zakazanej miłości, imponujące stroje, cudowna scenografia i magnetyzm odtwórczyni głównej roli sprawi, że będziecie zadowoleni z seansu.

Julia Żelazna
klasa II D
LO Nr I im. St. Staszica


"TULIPANOWA GORĄCZKA" (3)

Arcydzieło! - Tym jednym słowem można opisać film Justina Chadwicka pt. "Tulipanowa Gorączka". Produkcję mało znanego, brytyjskiego reżysera można śmiało porównywać z kultowym "Titaniciem" Jamesa Camerona (i to nie tylko ze względu na zaskakujące podobieństwo Jana (Dane DeHaan) do jednego z najbardziej uzdolnionych, a zarazem najprzystojniejszych amerykańskich aktorów Leonarda DiCaprio), ale to, że film jakością nie odbiega od najlepszych hollywodzkich produkcji.
Akcja filmu rozgrywa się w XVII wiecznej Holandii. Przedstawia historię Sophii - pięknej dziewczyny z sierocińca, którą za żonę wybrał sobie dużo starszy, zamożny Pan Sandvoort. Małżonkowie wiodą spokojne, pobożne życie. Wszystko zmienia się, gdy u państwa Sandvoort pojawia się młody malarz - Jan. Zafascynowani sobą kochankowie rozpoczynają niebezpieczną grę. Jednak każde zdarzenie pociąga za sobą konsekwencje. To właśnie sprawia, że film nie pozwala widzowi nudzić się ani przez chwilę. Jedno niedokończone zdarzenie przeplata się z drugim i "hipnotyzuje" oglądającego. Rozwiązanie każdego urwanego wątku następuje w sposób nieoczywisty, nieprzewidywalny dla widza. Punkt widzenia odbiorcy świetnie obrazują postacie drugoplanowe, które pewne sytuacje, (tak jak widz) uznają za jednoznaczne, skończone, podczas gdy ich zakończenie dopiero nastąpi.
Śledząc losy nieszczęśliwych kochanków łudziłam się, że całość zakończy się happy end-em, choć wszystko wskazywało na to, że zakończenie będzie przypominać słynną szekspirowską tragedię. Rozwiązanie akcji uważam za spektakularne, wręcz mistrzowskie! Chadwicka z chęcią mogłabym nazwać przez to geniuszem, gdyby nie fakt, że film oparty jest na książce Deborah Moggach, o tym samym tytule.
Pomimo tego, że historia dzieje się w odległych nam czasach, jest uniwersalna (podobnie jak w wyżej wspomnianym "Titanicu"), przedstawia uczucia towarzyszące ludziom od niepamiętnych czasów: miłość i pożądanie.
Wprawdzie fabuła jest bardzo rozbudowana, ale nie zagmatwana i nie wymaga od widza ponadprzeciętnej inteligencji, aby ją zrozumieć. Sądzę, więc że film "Tulipanowa gorączka" jest dla każdego, no może „prawie każdego”.

Ocena: 9,5/10
Kinga Grudniewska
klasa II D
LO Nr I im. St. Staszica


"JUTRO BĘDZIEMY SZCZĘŚLIWI"

Dramatyczne rozstania, niespodziewane powroty, ojcowska miłość, żal i poświęcenie dla drugiej osoby - z tym spotkacie się w filmie "Jutro będziemy szczęśliwi". Ten komediodramat uświadamia, że szczęściem należy się nauczyć cieszyć.
Samuel (Omar Sy) jest lokalnym królem życia. Pracuje w wypożyczalni jachtów, a także zajmuje się organizacją rozmaitych imprez na plaży. Znakomicie odnajduje się w towarzystwie pięknych turystek i ani myśli o ustatkowaniu się. Żyje bez zobowiązań. Wyobraźcie sobie zdziwienie mężczyzny, gdy któregoś dnia budzi go dawna znajoma z bobasem płci żeńskiej na ręku i oznajmia, że jakiś czas temu Samuel został ojcem, po czym zostawia w jego ramionach zawiniątko z dzieckiem i odjeżdża siną w dal.
Cały film to przemyślana opowieść o dojrzewaniu i odpowiedzialności. Obraz omawia wiele problemów na raz, których punktem centralnym jest instytucja rozbitej rodziny. Szczerze bawi, wzrusza oraz angażuje. Miesza ze sobą łzy oraz śmiech, dając widzom do zrozumienia, iż szczęście jest pojęciem znacznie bardziej skomplikowanym, niż mogłoby się im wydawać. Czasem negatywne sytuacje w naszym życiu są wręcz okazją do zmiany życia lub samego siebie. Uczą nas, jak odnaleźć cel w życiu i do niego dążyć, a także zrozumieć przeszłość i zastanowić się nad przyszłością. Trzeba walczyć o szczęście, a gdy je zdobędziemy, musimy o nie dbać i je pielęgnować. Taki właśnie morał płynie z przedstawionej przez scenarzystów opowieści, będącej może i w wielu momentach nieco naiwną bajką o pięknej miłości rodzicielskiej, zrozumieniu czy akceptacji, lecz pełnej, jak najbardziej prawdziwych uczuć oraz emocji, a także postaw, wartych naśladowania, bądź ideałów, którymi wypadałoby się kierować.
W filmie brak jest wyraźnej głębi psychologicznej, co przede wszystkim odbija się na schematyczności postaci: producent gej jest stereotypowym homoseksualistą, Samuel to wieczny dzieciak, który umie poradzić sobie w kryzysowych momentach, Gloria jest uśmiechniętą dziewczynką uosabiającą dziecięcą naiwność, zaś Kristin jest zagadkową matką, której działania są niewiadome. We fragmentach poświęconych bajecznemu dzieciństwu Glorii, jest aż nazbyt kolorowo, ale każda scena w filmie wnosiła nowe wątki i była wyjaśniona od początku do końca. Zmieniająca się narracja nadawała odpowiedniego tempa przez co widz nie jest w stanie nudzić się podczas oglądania. Widoki, scenografia, rekwizyty i cała otoczka wizualna stoi na najwyższym poziomie i w każdej minucie cieszy oko.
Za gwiazdę w obsadzie filmu uważam przede wszystkim Omara Sy, który w filmie promieniuje pozytywną energią. Posiada urok, który natychmiastowo wzbudza sympatię. Aktor potrafi stanąć na wysokości zadania, grając zarówno roztropnego, kochającego ojca, jak i roztrzepanego, nieodpowiedzialnego, lecz miłego gościa, stroniącego od zobowiązań. Tej pozytywnej postaci towarzyszy śliczna i zdolna dziewczynka - Gloria. Dziewczyna radzi sobie spektakularnie przed obiektywem kamery. Gloria Colston i Omar Sy to niezwykle udany duet, który można ujrzeć na ekranie. Ich wspólne sceny przesyłają ogromną ilość pozytywnych emocji. Bardzo podoba mi się filozofia tej pary, chwytającej każdy dzień tak, jakby miał być ich ostatnim. Warto zwrócić uwagę na trio złożone z Samuela, jego córki oraz producenta geja. Tworzą oni siłę filmu. Komponują fantastyczną i dysfunkcyjną rodzinę, którą łączą naturalne i radosne więzi – na tyle, że aż szkoda, że twórcy zdecydowali się poświęcić im tak niewiele czasu, bowiem to właśnie ta „rodzina" stanowi ciekawy punkt całego widowiska.
"Jutro będziemy szczęśliwi" to kino o dojrzewaniu i odpowiedzialności. Jeżeli widz chce się odprężyć i zobaczyć coś miłego dla oka, warto się wybrać na ten film. Śmiałam się i płakałam na zmianę, a z kina wyszłam bogatsza i niezmiernie zadowolona. Życie to jednorazowa przygoda, z której należy wyciągnąć jak najwięcej szczęścia i nauczyć się dzielić nim z innymi.

Julia Żelazna,
Klasa I D
LO Nr I im. St. Staszica


"POKOT"

Czy nie jesteśmy już w jakimś stopniu przyzwyczajeni do wojen, konfliktów, do krzywd dziejących się ludziom, do postępującej destrukcji środowiska? Oczywiście szokuje nas to, zasmuca, ale jest tak powszechne, że w jakimś stopniu akceptowalne. Bo przecież normalnie wstajemy następnego dnia, idziemy do pracy, posyłamy dzieci do szkoły, normalnie funkcjonujemy, może jakby bardziej, tym bardziej przekonani, że warto żyć tu i teraz, bo co możemy zrobić, to problem wielkiej polityki, czyichś interesów, groźnych grup, tak to już jest. Czy takie informacje, jak zanik Rafy Koralowej u wybrzeży Australii, masowe zabijanie tygrysów, głód w Sudanie Południowym, wojna w Syrii, przemoc domowa, handel ludźmi, zamachy nie przeszło w jakiś jednostajny puls?
„Zbrodnia stała się legalna a przez to nikt jej nie zauważa” - mówi w pewnym momencie bohaterka „Pokotu”.
Bo „Pokot” zdaje się mówić nie tylko o stronie zwierzęcej, a przynajmniej nie stricte zwierzęcej. W sumie, ludzie to także część środowiska. Nasze zachowanie, motywacje, jakie popędzają nas do czynów, wszystko to powoduje, że zmieniamy jakoś rzeczywistość wokół. Tak, jak sugeruje plakat, „Pokot” wydaje mi się być przede wszystkim o ludziach.
Pani Duszejko dokonuje prywatnej vendetty za mordowanie zwierząt, za zastrzelenie jej psów, za lekceważenie. Jej sąsiad, który próbował wysadzić siedzibę Narodowego Funduszu Zdrowia z powodów osobistych, w piwnicy wciąż ma czy konstruuje ładunki wybuchowe. Chłopak pracujący na komendzie bez problemu dostaje się do danych, obrazu z kamer, wyłącza oświetlenie w mieście, prawdopodobnie nie ma problemu ze zniknięciem, gdy sytuacja robi się gorąca, ostatecznie pomaga dwóm wcześniejszym bohaterom uciec. Mamy też dziewczynę, która zarabia własnym ciałem, by dzięki funduszom mieć szansę na wydobycie brata z sierocińca. Oraz myśliwych, w filmie przedstawionych jako ludzi aroganckich i nie do ruszenia, mających spore wpływy. I podczas gdy w przyrodzie trudno o ostry konflikt drapieżników ze zwierzyną łowną, w świecie ludzi ta „zwierzyna”, element słabszy, ignorowany, wyśmiewany, wykluczony, drażniony, którego nikt się nie boi, nagle zmienia się i odsłania inne oblicze. Bo punkt krytyczny przyjmowania przez istotę pewnych doświadczeń zostaje przekroczony, przez co zmienia ona swą naturę a zarazem z zewnątrz uchodzi jeszcze niezauważona. Bo kto od razu podejrzewa zwariowaną, starszą, samotną kobietę, która swoje psy nazywa córkami, że zostanie królem polowania? Ona a nie mężni królowie życia?
Czy jednak miałam polubić główną bohaterkę? Kibicować jej? Czy uważam koniec za sprawiedliwy?
Dlatego właśnie warto obejrzeć ten film. By zyskać własne przemyślenia.
Bo, że nasza postawa wobec środowiska, od którego desperacko zależymy, ale traktujemy z pozycji władcy a nawet boga, absurdalnie nieświadomi, że innej Ziemi, innej planety, innego systemu dla nas nie ma, wydaje się bardzo ważnym przedmiotem do dyskusji. Bo warto pomyśleć, jak rodzi się tragedia, zachowania skrajne, terroryzm. Bo, jak życie ma się odnowić, polepszyć, bez naszego udziału? Bo myślę, że ten film może nas nauczyć o potrzebie odnowienia bliskości i empatii, przerzucania mostów między pokoleniami. Bo jeśli będziemy traktować rzeczywistość, jak dżunglę, w której o być albo nie być decyduje nie tyle siła, spryt czy kamuflaż, ile jakaś zimna obojętność, premedytacja, chytra złośliwość, które zostawiają słabszych, bardziej ludzkich, leżących pokotem na drodze prawdziwych bohaterów życia, to będzie nam bliżej do zwierząt, ale czy w ludzkiej perspektywie to dobra droga? I czy my, jako gatunek nie powinniśmy rozważyć odpowiedzialności, jaką dla planety jest nasza supremacja, jaką powinniśmy wykazać wobec samych siebie, kiedy odpowiedzialność oznacza dojrzałość a prymitywizm - cofanie się? Ważne pytania.
Płaszczyzn, o których można dyskutować na podstawie filmu jest więcej i to stanowi jego ogromny atut. Jak również klimat uzyskany dzięki pięknym ujęciom przyrody, dopracowanemu wystrojowi wnętrz i charakteryzacji bohaterów.

© Małgorzata Dziekońska


"PIĘKNA I BESTIA"

Wybierając się na film taki, jak „Piękna i Bestia”, kiedy z tyłu głowy mamy oryginał, który ma ogromną rzeszę fanów, w tym, na przykład, nas samych, jest rzeczą ekscytującą i nieco ryzykowną.
Ekscytującą, bo to bardzo miło zobaczyć ulubioną historię w bardziej ludzkim – bo filmowym, aktorskim – wydaniu, bo to trochę, jak wybranie się na ekranizację książki. Ryzykowną, ponieważ mamy pewne wspomnienia, wymagania i oczekiwania, co do obrazu.
Filmowe wersje próbują dodać coś od siebie, ale bezpiecznie. W „Pięknej i Bestii” poznajmy historię matki Belli i nieco z przeszłości zaczarowanego księcia. Matka Belli zmarła z powodu zarazy szalejącej w Paryżu, zatem, by nie narażać dziecka i ojca, którzy pozostali zdrowi, zdecydowano o ich odejściu. Matka księcia również zmarła a syn poddany okrutnemu i zepsutemu ojcu, sam uległ pokusom, jak się okazało, ku swej zgubie. Możemy się trochę zastanawiać, jak to możliwe, by dobra kobieta poślubiła niezbyt dobrego mężczyznę, ale nie mamy żadnego wyjaśnienia, więc zostajemy z przypuszczeniem, że mały chłopiec zagubił się gdzieś po drodze. Gdy w trakcie balu odwiedza go staruszka w poszukiwaniu schronienia, dorosły już książę odrzuca jej śmieszny, w jego mniemaniu, dar-zapłatę, za który to czyn, egoistyczny i bez serca, zostaje zamieniony w bestię a wraz z nim, pod wpływem czaru znajduje się służba i cały zamek z najbliższą okolicą. Czar obejmuje też zapomnienie, na które skazani są ludzie mieszkający w zamku i to kolejny bonus wersji filmowej, dowiadujemy się, dlaczego nikt o zamku nic nie wie.
Na skutek zbiegu okoliczności do zamku trafia ojciec Belli i podczas próby zdobycia róży dla swej córki zostaje uwięziony. Bella przybywa ojcu na ratunek i decyduje się zostać z bestią na miejsce ojca. Bella ma w sobie odwagę, coś, co odznaczało także jej matkę i rzeczywiście, spoglądając na tę decyzję, można z łatwością potwierdzić, Bella jest dziewczyną nieustraszoną.
Bella jest też dziewczyną inną, kochającą książki, marzącą o przygodach i ucieczce z zaściankowej wsi i od jej mentalności. Jest pomysłowa, życzliwa, jednak mieszkańcy nie do końca mają wobec niej ciepłe uczucia. Ta inność umieszcza ją w nieakceptowanej niszy, ale, o dziwo, staje się atrakcyjna dla lokalnego macho – Gastona. Gaston chce poślubić Bellę i nie cofnie się przed niczym. Bella, dopóki jest w wiosce, unika go, jak może, ale jego nachalność jest lekko niepokojąca. Zostanie więźniem zamku daje jej, paradoksalnie, chwilę oddechu, schronienie i jest odkryciem wielkiej tajemnicy. Skarbu.
Pod płaszczem dzikości kryje się ból. Pod szorstką pokrywą – zdolność bycia łagodnym. Za wielkimi kłami – śmiech i żart a gdzieś głęboko - inteligencja człowieka oczytanego i wykształconego oraz serce, które przez te wszystkie lata od początku działania zaklęcia transformowało, myślało, uczyło się, ale które czekało na kogoś, kto podejmie z nim interakcję, kogo ciernie nie zrażą, kogoś, kto będzie potrafił spojrzeć głębiej. Bestia potrzebowała konfrontacji, bo tylko z takiej konfrontacji można było coś stworzyć i zyskać realną nadzieję.
W bajce Disneya więź między głównymi bohaterami rodzi się dość szybko, ale wiarygodnie. W filmie to trochę inna historia. Przede wszystkim nie do końca przekonuje mnie aktorsko Emma Watson, która wciela się w rolę Pięknej. Oczywiście zawsze jest tak, że będą zwolennicy i przeciwnicy jakiegoś wyboru, szczególnie, gdy idzie o postać znaną szerokiej publiczności. Wielu wciąż widziało w Emmie Hermionę, część upatrywała w niej głównie formę tuby dla feminizmu, z którym aktorka się identyfikuje. A co do filmu, bardziej przekonuje mnie ta strona bohaterki, która jest kreatywna, szukająca wolności i emancypacji. Która chce sama decydować o swoim życiu. Nie przekonuje mnie zaś jej rosnąca miłość, zwłaszcza w kluczowej, przepięknie wzruszającej w oryginale, scenie śmierci Bestii. Cała miłość wydaje mi się też zagubiona w akcji, w fabule, w której na pierwszy plan wysuwają się nie wiadomo kiedy zaczarowane meble i to ich przemiana przyciągnęła więcej mojej uwagi aniżeli zwycięstwo prawdziwej miłości. Dlatego ten wątek nie oceniam bardzo wysoko. To nie pierwszy przejaw tego, że naciski w tym filmie nie zostały do końca właściwie rozłożone. Bo, o ile pierwsza część filmu bardzo mi się podobała, o tyle druga już trochę mniej. Nawet słynna scena tańca, która przeniknęła do teledysku piosenki duetu Ariana Grande/John Legend, którą mogliśmy widzieć wcześniej niż seans w kinie, nie miała w sobie tyle magii na wielkim ekranie, co oglądana w tym video.
Książę to mocny punkt historii Disneya nawet, jeśli nie zawsze ma w nich wiele miejsca. Dlatego zawiodła mnie ta postać po transformacji. Na którą czekałam z zapartym tchem. Nie bez oczekiwań po obejrzeniu wywiadów z obsadą filmu. Uczyniono więc z niego młodzieńca o nieco dziecinnym wyglądzie, o pół siwych, pół lekko brązowych włosach, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, na jakim etapie wiekowym go zatrzymać. Zabrakło mu charyzmy choćby z początku filmu, a przecież Dana Stevensa raczej nie można posądzić o brak ‘tego czegoś’. Z drugiej strony, podarowanie Bestii jego własnej piosenki było, moim zdaniem, dobrym posunięciem, ale choć nie mam dubbingowi i polskiej wersji piosenek nic do zarzucenia, to w tym jednym przypadku oryginalna „Evermore”, czy to w wykonaniu Josha Grobana czy Dana Stevensa jest nie do pobicia. W cudowny sposób ukazuje przeszłość i życie wewnętrzne człowieka uwięzionego w formie potwora, tęsknotę, niepewność, rodzące się uczucie i konsekwencje tej emocjonalnej burzy. Dobór słów i muzyka niemal malują całą ekranową kreację księcia-bestii. W polskiej wersji, ten niewiarygodny czar przekazu trochę mi się rozmył.
Uważam też, że stylizacja dworu – ludzi jest lekko przesadzona. Główna para, ich zwycięstwo i szczęście, znikała mi w tłumie i na koniec ma się wrażenie, że, znów dzieje innych mieszkańców mimowolnie zagrały pierwsze skrzypce i nieco wymknęły się spod kontroli. Ogólnie to nie jest zła koncepcja, pokazanie, że los tych ludzi też był ważny a w przypadku trwania czaru, smutny, ale tutaj inny wątek był, moim zdaniem, kolosalny. Miłość. I jej niezwykły triumf.
Warto ten film zobaczyć. Kreacje, ujęcia, muzyka, efekty specjalne, które poruszyły wyposażenie zamku, robią wrażenie. Dużo radości powinno dać widzowi oglądanie Gastona, w którego brawurowo wcielił się Luke Evans, jak również jego wiernego kompana Le Fou (Josh Gad). Są to jedne z najlepiej wykreowanych postaci. Poza tym, w świecie, który wciąż tak wiele nacisku kładzie na zewnętrze, na idealny wygląd, gadżety, popularność, na kult rzeczy, które mają świadczyć o wartości człowieka jako takiego, o ważności i wartości jego istnienia, filmy takie, jak „Piękna i Bestia” to wciąż ważna pozycja, która zwraca nas do korzeni, która, jak wszystkie bajki, przypomina nam o tym, co najważniejsze. O miłości. O mądrości. O tzw. banałach.
Bo to nie jest prawda, że życie, jaki widzimy na ekranie jest tylko w bajkach. W bajkach widzimy, do czego zdolne jest serce, co może człowiek, który jest uważny, patrzy poza, jak potrafi zmienić życie innego człowieka i wszystkich wokół. Który potrafi się zatrzymać. Jest zdolny do refleksji. Przemiana bestii to tylko przykład. Do czego zdolna jest nie magia, bo to nie magia do tego doprowadziła, to nie magia skłoniła księcia do wyboru Kopciuszka na żonę i królową. To były świadome decyzje, postawa odwagi i wiary w swoje marzenia. To marzenia, które możemy tworzyć i w których możemy uczestniczyć każdego dnia. Z naszymi partnerami, przyjaciółmi, dziećmi, rodziną, z obcymi. Jeśli tylko się odważymy. Jak Bella. Jak Bestia. Jak Kopciuszek. Sami możemy kreować własne bajeczne światy. A jeśli wierzyć pogłoskom, te ekranowe są jeszcze przed nami.

© Małgorzata Dziekońska


„MILCZENIE" - historia o walce odmiennych wartości.

Martin Scorsese w swoim najnowszym filmie zawiera motyw wiary, grzechu, okupienia. „Milczenie” to film, w którym spotykamy się ze zderzeniem dwóch odmiennych wartości oraz idei religijnych. Ta różnica okazuje się być źródłem cierpienia i próbą wiary. Przedstawiona zostaje walka dwóch skłóconych stron - misjonarzy z Portugalii, którzy pragną szerzyć swoją wiarę oraz ludu Japonii, który usiłuje wyplenić ze swojego kraju chrześcijaństwo, nazywając je „niebezpieczeństwem".
Film opowiada historię dwóch młodych, jezuickich księży, którzy wyjeżdżają z rodzimego kraju do ogarniętej prześladowaniami i przemocą Japonii. Główni bohaterowie- Sebastian Rodrigues i Francis Grappe - za główny cel podróży postawili sobie odnalezienie mentora - ojca Cristovao Ferreirę - który prawdopodobnie wyrzekł się chrześcijańskiej wiary i został buddyjskim mnichem. Wyjazd księży do zaborczej Japonii, gdzie celem jest bezwzględne zwalczanie ich religii, przybierze charakter walki nie tylko o wiarę, ale także o życie.
Martin Scorsese w swoim filmie rozpoczyna pewną myśl i zmusza do refleksji. Nie tylko główni aktorzy, ale także widz podczas seansu zadają sobie pytanie, czy ludzie powinni cierpieć albo ginąć za wiarę? Czy Bóg właśnie tego od ludzi oczekuje? Gdzie jest, gdy go błagamy o pomoc? W głębi serc znajdujemy zwątpienie w sens wiary i to wpływa na genialność tego dzieła. Wywiera on na widzu niesamowite wrażenie. Oprócz scen ukazujących bezwzględność i brutalizm Japończyków wobec chrześcijan, spotkamy się również ze wzruszeniem, pięknem natury, siłą woli, szaleństwem czy chwilą ciszy. Każdy akcent w filmie jest wyraźnie podkreślony i ma w nim swoje miejsce. W dziele Martina Scorsese dostrzeżemy wiele ukrytych symboli i ich wartość. Niektóre z nich widoczne są gołym okiem, inne zaś nie łatwo jest wychwycić na bieżąco. Wielowątkowość i spójność cechują „Milczenie" i to jest jego kolejną zaletą.
Film „Milczenie" jest mistrzowsko wyreżyserowany i zagrany. Reżyser znakomicie przenosi odbiorcę do czasów XVII i przedstawia piękno natury Japonii, na którego tle dochodzi do ludobójstwa. Gwiazdą w obsadzie tego filmu jest przede wszystkim Andrew Garfield. Staje on się kimś, na wzór Jezusa. Zdaje się, że jego podróż przez mękę możemy porównać do Drogi Krzyżowej. Zagrał on doskonale i wspaniale wczuł się w swoją rolę.
Dzieło „Milczenie" jest godne polecenia. Po wyjściu z kina, zostaje w pamięci na długo i zmusza do refleksji. Myślę, że każdy powinien się z nim zapoznać.

Julia Żelazna,
kl.1D
LO nr.I im. Stanisława Staszica


"MILCZENIE"

Modlę się, lecz nie dostaje odpowiedzi. Może jest nią milczenie?

Po 30 latach przygotowywania się Martin Scorsese wyreżyserował film „Milczenie”. Historia stworzona na podstawie powieści Shusaku Endo „Chinmoku”, opowiada o losach dwóch portugalskich księży jezuitów, którzy udają się z misją do XVII-wiecznej Japonii. Ich zadanie polega na odnalezieniu swojego nauczyciela - ojca Ferreiry oraz podtrzymaniu płomienia chrześcijaństwa w kraju, w którym jest ono wyjęte spod prawa. Reżyser Martin Scorsese znany głównie z kina gangsterskiego, postanowił podjąć się trudnego tematu, który dla wielu może zostać uznany za kontrowersyjny. Rzadko kiedy tego rodzaju historia przenoszona jest na ekran. Scorsese podejmuje wyzwanie i tworzy film, który każdy powinien obejrzeć.
Andrew Garfield, Adam Driver i Liam Nesson -wybitni aktorzy, znani miedzy innymi z postaci fantastycznych takich jak Spider -Man, Kylo Ren czy Qui-Gon Jinn, tym razem ukazują nam się jako misjonarze. Ich gra aktorska jest niezwykle ważna ponieważ to ona opowiada nam całą historie. Oglądając „Milczenie” wiemy, co czują główni bohaterowie. Z pewnością możemy stwierdzić, że doskonale zrozumieli swoje postacie i najlepiej jak potrafili odwzorowali ich historie. Scorsese wybrał aktorów, którzy znakomicie odtworzyli swoje role, przez co film jest niezwykle poruszający i mocno wypływa na widza. W dodatku gra aktorska Andrewa Garfielda wydaje się być jeszcze lepsza niż w „Przełęczy ocalonych”, za którą otrzymał nominacje do Oskara.
Zdjęcia do filmu zostały nakręcone w Tajwanie. Sceneria, w której znajdują się bohaterowie jest epicka. Wybudowane przez Dantego Ferretti port oraz japońskie wioski, oddają doskonale klimat tamtych czasów. Duże wrażenie wywołują zdjęcia operatora Rodrigo Prieto. Doskonale zobrazował całą historię, zwracając uwagę na najmniejsze szczegóły, przy tym ukazując piękno natury. Dowodem jego świetnej pracy jest nominacja do Oskara oraz do nagrody ASC (Amerykańskie Stowarzyszenie Operatorów Filmowych) za najlepsze zdjęcia. Film „Milczenie” oprócz wielu nominacji otrzymał również nagrodę National Board of Review za najlepszy scenariusz adaptowany.
Muzyka w filmie została zastąpiona dźwiękami natury. Szum wiatru, lasu czy płynący strumyk itp., wpływają na naszą wyobraźnie i pozwalają skupić się na treści filmu. Wcale nie odczuwamy braku muzyki, jej brak wręcz podkreśla jeszcze bardziej znaczenie tytułu filmu, pozwala widzowi całkowicie zagłębić się w milczeniu.
„Milczenie” jest z pewnością filmem o trudnej treści, filmem który wywołuje wiele emocji i wywiera duże wrażenie. Ukazuje, ile jest warte życie człowieka, a ile śmierć. Widz zaczyna zadawać sobie pytania egzystencjalne, poddaje w wątpliwość swoje własne życie, swoją wiarę i to czego od niego wymaga. Może na te pytania odpowiedzi powinniśmy szukać właśnie w milczeniu, które trwa na sali pod czas seansu, jak również po nim. Trudno jest skomentować ten film. Wzbudza wiele emocji, których nie da się jednoznacznie określić.
Martin Scorsese jest jednym z najlepszych reżyserów i udowodnił to po raz kolejny, tworząc „Milczenie”. Można powiedzieć, że jest to nowy rodzaj filmu w jego karierze, jednak z pewnością przekroczył nim samego siebie. Jego wizja zekranizowania tej historii w pełni oddaje sens prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce w XVII-wiecznej Japonii. Film może być dla widza zaskoczeniem, jednak jest w nim coś tajemniczego, co powoduje, że staje się niezwykłą historią z głębokim sensem, które może poruszyć niejednego widza.

Katarzyna Krysa
Klasa III e
LO Nr I im. St. Staszica


"SZTUKA KOCHANIA. HISTORIA MICHALINY WISŁOCKIEJ", czyli miłość czarno na białym.

Kochanie to sztuka, jednak wiele osób o tym zapomina. Wstyd, czy też zwątpienie w siebie, rodzi w naszych duszach zniechęcenie i zamyka nas na potrzeby swoje bądź też drugiej osoby. Michalina Wisłocka dokonuje seksualnej rewolucji - realizuje swój pomysł, który onieśmielał w czasach socjalizmu, był istnym obłędem, ale przełamywał bariery międzyludzkie.
Maria Sadowska- autorka filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" - dostrzegła w książce Michaliny Wisłockiej inspirującą opowieść i z dobrym skutkiem postanowiła przenieść ją na ekran. Opowiada ona historię o kobiecie, która walczyła o edukację seksualną w Polsce w czasach PRL-u. Napisała poradnik dla par, który zawierał prawdy i morały dotyczące życia seksualnego. Wisłocka chciała wydać swoją książkę, jednak nie było to takie proste. Zanim kobieta osiągnęła sukces, napotkała wiele niepowodzeń i problemów, zarówno w życiu prywatnym, jak i w zawodzie.
Wzruszająca, ale jednocześnie dramatyczna i momentami zabawna historia, została ukazana na ekranie w uroczy sposób. Reżyserka, przenosząc widzów do czasów PRL-u, wyszydza wszelkie absurdy minionej „epoki”. Twórcy filmu chcieli, aby każda niemal scena zawierała jak najwięcej faktów z kolorowego życia bohaterki. Odbiorca bez trudu zapoznaje się dokładnie z dziejami bohaterki i wyłapuje ważne momenty.
Za gwiazdę w obsadzie tego filmu uważam przede wszystkim Magdalenę Boczarską. Udowadnia ona, że nie wstydzi się grać najśmielszych scen. Świetnie wypada jako starsza kobieta, która niespodziewanie przeżywa namiętną miłość. Cudownie ukazała zarówno delikatność, jak i kobiecą siłę. Aktorka przepełnia swoją postać niebywałą energią oraz przekonuje do siebie widza. Dobrze w swojej roli spełnił się również Eryk Lubos, przedstawiony na ekranie jako Jurek - wabiący kochanek głównej bohaterki.
Po wyjściu z kina pozostaje refleksja, że książka Michaliny Wisłockiej jest ponadczasowa - potrzebna również w dzisiejszych czasach. Wiedza i mądrość zawarte w niej są aktualne do dziś. Film jest autentyczny, a jego niezaprzeczalnym plusem jest scenariusz, muzyka, czy kostiumy bohaterów. Myślę, że każdy powinien zapoznać się z tym dziełem filmowym, ze względu na to, że dostarcza ono wielu wzruszeń i przesyła pewną naukę.

Julia Żelazna,
kl. 1D
LO nr I im. Stanisława Staszica


"POWIDOKI"

Od 13 stycznia bieżącego roku widzowie mają możliwość obejrzenia na ekranach kin filmu pt. „Powidoki”, ostatniego, jaki wyszedł „spod ręki” jednego z najsłynniejszych i najwybitniejszych polskich reżyserów- Andrzeja Wajdy. Jako „artystyczny testament” reżysera film zapewne uzyska dużą oglądalność, ale czy jest tego wart? Zdecydowanie jedną z zalet „Powidoków” jest ukazana rzeczywistość lat, w których w Polsce władze stalinowskie „obdzierały” Polaków z praw obywatelskich, a także zmuszały do szerzenia komunizmu. Dzięki tym wątkom zaprezentowanym w filmie Polacy, którzy urodzili się po roku 1990 maja szansę uświadomienia sobie, że nie zawsze można było być w pełni asertywnym, chociażby w sprawach polityki, większość wzorców zachowań była narzucana odgórnie, a zachowanie własnych poglądów i kierowanie się wartościami, które nie były powszechnie akceptowane skutkowało nienawiścią, utratą wszelakich dóbr i próbą bycia zniszczonym przez komunistyczne władze. Główny bohater Władysław Strzemiński, w którego rolę wcielił się Bogusław Linda, jako malarz-artysta propagował postawę Polaka, który nigdy, przenigdy mimo okrutnych konsekwencji, które wpływały na jego, jakby się mogło wydawać ułożone życie, nie pozwoli się „złamać” stalinizmowi, ponadto mimo wszystko nie porzuci wartości, którymi kieruje się w życiu. Patrząc na produkcję można śmiało powiedzieć, że to niestety jedyna zaleta „Powidoków”, które nie mają żadnego „punktu zaczepienia”, który trzyma widza w napięciu. Ponadto jak na szeroki „asortyment” utworów, jaki oferuje nam rynek, Wajda nie postarał się o dobry dobór muzyki w swoim ostatnim dziele, które powinno być wyjątkowe. Nie ma utworów ani melodii, które mogłyby zaskoczyć widza, wywołując na jego ciele dreszcze. Film po niedługim czasie nudzi i wprowadza w przygnębiający nastój. Dzięki Bogusławowi Lindzie, który jak zawsze zaprezentował swój talent aktorski na wysokim poziomie, film jeszcze jakoś sposób się broni. Kolejną sporną kwestią jest postać Niki Strzemińskiej (Bronisława Zamachowska) córki Władysława Strzemińskiego, której rola była nad podziw przygnębiająca i smutna. Rzadko kiedy na twarzy dziewczynki gościł uśmiech. Nika została wykreowana na „silną, niezależną dziewczynkę”, która aż do znudzenia powtarza ojcu „za dużo palisz”. Czy kilkunastoletnie dziecko poradziłoby sobie psychicznie samo ze śmiercią matki? Wyprowadziłoby się od ojca, kiedy tylko uważało to za najlepszą decyzję, jaką mogło podjąć w danym momencie? Można też spojrzeć na to, jak na prezentację przykładu dziecka wręcz idealnego, które jest opiekuńcze w stosunku do schorowanego ojca. Ale to niemożliwe, ponieważ w wieku, w którym widzom została ukazana Nika, to jeszcze rodzice troszczą się o dzieci i je ganią za negatywne zachowania, nie na odwrót. Uważam, że „Powidoki” powstały raczej „na siłę”, z chęci zdobycia rozgłosu i wyniesienia na pierwsze strony gazet jako „fantastyczny i zdumiewający ostatni film reżyserii Andrzeja Wajdy”. Wajda wybrał motyw przewodni filmu, który zawsze będzie znany i bliski sercom Polaków, dzięki czemu ściągnie do kin tłumy, jednak nie uważam, żeby film był warty polecenia. Idąc do kina podobnie jak większość spodziewałam się czegoś wyjątkowego, co kończąc całą działalność twórczą Wajdy byłoby akcentem podkreślającym jego talent, jednak bezapelacyjnie śmiem twierdzić, że reżyser o tak szerokich horyzontach twórczych mógł stworzyć coś lepszego.

LO nr I im. Stanisława Staszica
Magda Barańska
Klasa III E


Czy wyobraźnia może nas uratować?

„Siedem minut po północy” to niezwykły film, nie chodzi tutaj tylko o wątek fantastyczny oraz stronę techniczną, jak animacje i wspaniały głos Liama Neesona, którego użyczył „drzewnemu” potworowi, ale o głębie i emocję, jakie zawiera to dzieło.
Reżyserem filmu jest J.A. Bayona znany również z filmu „Niemożliwe”, który w przeciwieństwie do „Siedem minut po północy”, nie ma w sobie żadnego wątku fantastycznego, choć także opowiada imponującą historie.
Główny bohater - Connor ma 10 lat, ale dojrzałością przewyższa niejednego dorosłego człowieka. Niestety od dziecka musi radzić sobie z problemami dorosłych. Ma chorą śmiertelnie matkę, choć cały czas ma nadzieję, że ona wyzdrowieje. Z tego powodu, w szkole jest wyśmiewany i bity przez „kolegów” z klasy. Mieszka z babcią, która pomaga matce, ale on nie jest zadowolony z jej obecności. Chłopiec nie ma niestety „męskiego wzoru” ani przyjaciela, któremu mógłby opowiedzieć o swoich przykrych doświadczeniach. Jego ojciec mieszka na innym kontynencie, gdzie założył nową rodzinę. Syna odwiedza rzadko, co Connor mocno przeżywa. Zdarza się jednak niesamowita rzecz. Naszego bohatera zaczyna odwiedzać „drzewny” potwór, który opowiada mu historie niosące dla niego specjalne przesłanie. Dzieje się to tylko w jego wyobraźni, lecz chłopiec przekonany jest, że olbrzym z drzewa uzdrowi jego chorą matkę. Historie, które opowiada potwór mogą wiele nauczyć i zaskoczyć samego widza. Nie zdradzając zakończenia filmu powiem, że obejrzenie go było bardzo dobrą decyzją. Nie obyło się bez uronienia kilku łez i refleksji. Ale było warto.

Karolina Przysucha
Klasa I D
LO Nr I im. St. Staszica


Niezwykły film z niezwykłą opowieścią

„Siedem minut po północy" to niezwykła opowieść w reżyserii J.A. Bayona, która opowiada o 12-letnim chłopcu, jego ciężko chorej matce i „drzewnym” potworze. Wzruszy ona każdego widza do łez. Idąc na ten film do kina myślałam, że jest on przeznaczony dla uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych, ale nie miałam racji.
Główny bohater filmu - Conor wiedział, że jego matka jest śmiertelnie chora i najgorsze jest nieuniknione. Z tego powodu chłopiec przejął wiele obowiązków domowych. Gdy stan mamy pogorszył się, Conora odwiedziła babcia. Chciała, aby jej wnuk zamieszkał wraz z nią, ponieważ wiedziała, że jej córka nie jest już w stanie godnie się nim zająć. Nastolatek nie miał dobrych relacji z babcią, dlatego chciał zamieszkać z ojcem, który założył jednak nową rodzinę i nie miał pieniędzy, by przyjąć do siebie chłopca. O tytułowej godzinie w wyobraźni chłopca zaczął pojawiać się „drzewny” potwór. Początkowo chłopiec myślał, że stary cis pomoże jego matce w pokonaniu choroby, ale potwór przyszedł z pomocą Conorowi, bo to on został wśród żywych i musi radzić sobie z codziennymi problemami pod odejściu najbliższej osoby.
Podsumowując, jest to świetny film ukazujący brutalne i niesprawiedliwe życie. Ta opowieść jest przeznaczona dla ludzi w każdym wieku, ponieważ to co spotkało kilkunastoletniego Conora, również może dotknąć i nas. Według mnie w swojej roli bardzo dobrze sprawdził się Lewis MacDougall. Myślę, że nikt nie odegrałby lepiej tytułowej roli. Film zdecydowanie godny obejrzenia.

Magdalena Rolak
Klasa I D
LO Nr I im. St. Staszica


„Najdroższą dla człowieka rzeczą jest życie...” - recenzja filmu "PRZEŁĘCZ OCALONYCH"

Czy ludzie zawsze mogą przestrzegać wyznawanych zasad, postępować według wzorców, które naśladują, żyć moralnie, zgodnie ze swoim sumieniem? Niejednokrotnie zdarza się tak, że otoczenie, w którym przebywamy, stara się zmusić nas do porzucenia bądź zmiany wartości, którymi się kierujemy w życiu i które są dla nas ważne i istotne. Najważniejsze jest to, by zawsze, niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdziemy, niezależnie od osób, które w danym momencie czegoś od nas oczekują, zawsze być sobą, nie dać sobą manipulować ani zwątpić w to, w co wierzymy i jest dla nas święte. Za idealny przykład bohatera, który nigdy nie porzucił swoich zasad i wartości, nie wyrzekł się wiary w Boga ani swojej religijności, może posłużyć postać Desmonda Dossa (Andrew Garfielda), głównego bohatera najnowszego filmu w reżyserii Mela Gibsona pt. „Przełęcz ocalonych”. Doss, jako przykładny obywatel, reprezentujący postawę patrioty u schyłku drugiej wojny światowej w czasie walk amerykańsko-japońskich, postanowił zaciągnąć się do wojska i walczyć w obronie kraju. Jednak z powodu traumatycznych przeżyć rodzinnych, młody mężczyzna postanawia walczyć bez broni i odmawia zabijania. Doss pragnął chronić kraj i pomagać innym jako sanitariusz. Mimo wielu przykrości, jakie go spotkały ze strony kolegów z wojska - głównie w czasie szkolenia, które każdy z mężczyzn musiał odbyć przed wyruszeniem na front, Doss się nie poddał, nie zrezygnował. Pokora, silna wiara, szacunek do innych i nadzieja pomogły mężczyźnie w przetrwaniu najprawdopodobniej jednych z najtrudniejszych chwil w jego życiu. Doss na froncie uratował wielu kolegów, nawet swojego przełożonego, przez którego wcześniej był szykanowany i wyśmiewany. Zasłynął jako sanitariusz - bohater, spuszczający na linie poszkodowanych na froncie, którzy zostali „przekreśleni” i uznani za poległych na polu walki. W związku z tym, że film jest oparty na autentycznych wydarzeniach, w zakończeniu pojawiają się na ekranie osoby uratowane przez prawdziwego Desmonda Dossa. Niektórzy z nich dożyli nawet 80. lat - wszystko dzięki Desmondowi, który dał im szansę, chociażby na powrót do swoich rodzin.
Uważam, że film jest warty obejrzenia, a nawet tego wymaga, w wielu momentach wzrusza. Pokazuje siłę i mądrość, którą każdy z nas powinien w sobie odnaleźć i kierować się nią każdego dnia. Dzięki takim ekranizacjom możemy uświadomić sobie, że nikt nie ma prawa pozbawić nas naszej wolności, godności, zmusić do porzucenia ideałów i wartości, bo tylko one ukazują, jakimi jesteśmy ludźmi. „Najdroższą dla człowieka rzeczą jest życie. Dane jest raz człowiekowi i trzeba przeżyć je tak, aby nie płonąć ze wstydu za lata przeżyte bez celu, aby można było powiedzieć umierając: całe życie, wszystkie siły oddałem rzeczy najpiękniejszej na świecie-walce o wyzwolenie ludzkości”- Nikołaj A. Ostrowski.

LO nr I im. Stanisława Staszica
Magda Barańska
klasa III E


Po prostu... „Dziewczyna z pociągu”

W dzisiejszych czasach wielu z nas nie potrafi poradzić sobie z otaczającymi problemami, które po części towarzyszą nam każdego dnia. Mam na myśli kłopoty rodzinne, sprzeczki, stres związany chociażby ze szkołą czy pracą. Często ucieczką od teraźniejszości jest alkohol. Wszystko jest dla ludzi, najważniejsze to znać umiar, jednakże nie każdy umie powiedzieć sobie w odpowiednim momencie „stop” i brnie dalej w coś, co go niszczy, a przy okazji rujnuje całe jego otoczenie, rodzinę, pracę, zdrowie, marzenia, po prostu to, na czym każdemu człowiekowi zależy najbardziej. Za idealny, moim zdaniem przykład takiej sytuacji, może posłużyć film reżyserii Tate Taylora pt. „Dziewczyna z pociągu”, który powstał w oparciu o bestseller literacki autorstwa Pauli Hawkins. Film opowiada o życiu młodej kobiety Rachel, której bardzo trudno jest pogodzić się z faktem, że jej ukochany mąż, któremu jak śmiało mówi poświęciła najpiękniejsze lata swojego życia, odchodzi od niej do innej kobiety, z którą zakłada szczęśliwą rodzinę. Dodatkowym problemem Rachel jest brak dziecka, o które bezowocnie się starała, będąc jeszcze szczęśliwą mężatką. Kobieta nie umie pogodzić się z rzeczywistością, która w jej oczach przybiera kolor niemalże czerni. Ona - rozwódka, bez dziecka, bez pracy, którą straciła przez nałóg, z każdym dniem łudząco podobnym do poprzedniego, czyli smutnym, nudnym, samotnym, spędzonym z drinkiem w ręce w wynajmowanym pokoju. Cierpienie nie pozwalało kobiecie normalnie funkcjonować, toteż ucieka nałóg, by chociaż w pewnym stopniu zagłuszyć ból i bezsilność. Rachel oszukuje nie tylko samą sobie, lecz także wszystkich wokoło. Mimo utraty pracy codziennie rano wsiada do pociągu i udaje, że jeździ do pracy. W mieście, w którym wcześniej pracowała spędza kilka godzin, głównie w klubach i barach po czym wraca do domu jak gdyby nigdy nic. „Nie rozpalaj ognia, którego nie będziesz mógł ugasić”- bez wątpienia jest to cytat, którym w życiu powinna kierować się Rachel. Pewnego dnia rozwódka jest świadkiem nietypowej sytuacji, która diametralnie zmienia jej życie. Kobieta wciąż pije jak nałogowy alkoholik, a co gorsze tak też się zachowuje, brnie w niejasne i niewyjaśnione sytuacje oparte tylko i wyłącznie na kłamstwie, które wyniszczają ją psychicznie i emocjonalnie. Jednak następuje coś, czego Rachel kompletnie się nie spodziewa. Wychodzi na jaw cała prawda, która przez długi okres czasu była skrywa i kamuflowana, a odgrywa bardzo duże znaczenie dla chociażby samej Rachel.
Czy każdy człowiek, któremu „zapada się grunt pod stopami” jest temu winny? Czy powinniśmy bezgranicznie ufać tym, których kochamy? Kto rani nas najbardziej? Na te pytania odpowiada, a przynajmniej stara się odpowiedzieć główna bohaterka filmu, który jak myślałam ocenię równie wysoko, co książkę, na podstawie której powstał. Jednakże gdybym powiedziała, że jest to „dobry” film, nie byłoby to zgodne z moimi autentycznymi odczuciami. Uważam, że książka jest o niebo lepsza od ekranizacji, ma w sobie coś, czego reżyser w parze z aktorami nie potrafił przekazać w filmie. Film pozbawiony jest przysłowiowego „dreszczyku emocji”, przez co widz nie odczuwa napięcia. Film po pewnym, uważam że zdecydowanie za krótkim czasie, po prostu nudzi. Dodatkowo jak na możliwości technologiczne i techniczne XXI wieku w filmie nie ma prawie żadnych efektów dźwiękowych, nie wspominając już o niektórych scenach, które aż prosiły się o muzykę w tle, by przekazać widzom te emocje, które „odczuwalne” są przez bohaterów filmu. Filmem nie jestem zachwycona, nie mogę też powiedzieć, że mi się nie podobał, jest mi obojętny, aczkolwiek doceniam trud pracy włożony przez aktorów, reżysera, scenografa, scenarzystę i inne osoby, które z pewnością starały się najlepiej jak mogły wykonywać swoje obowiązki związane z produkcją filmu „Dziewczyna z pociągu”.

Magdalena Barańska
Klasa III E
LO Nr I im. St. Staszica


„Ostatnia rodzina" Jana P.Matuszyńskiego

Cause I love you, yes I love you, oh how I love you.

Film „Ostatnia rodzina" w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego - jeden z najbardziej docenionych filmów tego roku. Czy, aby słusznie zbiera oklaski?
Dzieło Matuszyńskiego jest biografią rodziny Beksińskich, żyjącej w latach 70. dwudziestego wieku. Akcja filmu toczy się na przestrzeni 28 lat - od momentu wyprowadzki syna, Tomka Beksińskiego z rodzinnego Sanoka, aż do śmierci ostatniego z członków rodziny – Zdzisława. Sam fakt, że reżyser postanowił w dwugodzinnym filmie ukazać 28 lat z życia kilku osób, znacząco ostudziło mój zapał, aby wybrać się na ten film. W drodze do kina karmiłam się nadzieją, iż ten film będzie jednak wart mojej uwagi... . I rzeczywiście – był. „Jeden z mocniejszych filmów jakie oglądałam" - to pierwsze co przeszło mi przez myśl, kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe. Wzruszający i wstrząsający zarazem, ale i...zabawny? Owszem, w filmie pojawił się pewien komizm postaci - Tomka Beksińskiego (Dawid Ogrodnik) - moim zdaniem lekko przesadzony, przez co postać Tomka wypadła nieco groteskowo, a inteligentny, utalentowany (choć trzeba przyznać bardzo specyficzny) człowiek, sprawiał wrażenie ograniczonego, co spowodowało, że przez długi czas zastanawiałam się czy nie jest upośledzony.
Mimo wszystko film bardziej chwyta za serce niż bawi. Na przykładzie losów rodziny Beksińskich możemy dostrzec, jak kruche jest ludzkie życie, że śmierć, mniej czy bardziej spodziewana jest nieodłącznym elementem życia człowieka. Prędzej czy później dopadnie każdego, czasem bez wyraźnego powodu, a niekiedy ten, który najbardziej jej pragnie, czeka na nią najdłużej.
Pod względem technicznym film wypadł mistrzowsko!
Zdjęcia wykonane...wzorowo. Bardzo proste i „nieprzekombinowane” doskonale oddają to, że ukazany przez reżysera obraz, jest obrazem życia codziennego rodziny.
Muzyka niezwykle klimatyczna, dobrana wręcz fenomenalnie! Idealnie podkreśla emocje towarzyszące bohaterom. Niewątpliwie najbardziej kojarzącym mi się z tym filmem utworem jest „Nights In White Satin" grupy The Moody Blues, którego refren brzmi „Cause I love you, yes I love you, oh how I love you".
Być może niektórym rzeczywiście ciężko jest zauważyć uczucie, jakie występowało między głównymi bohaterami. Sprawiające ból i przykrość, niezdrowe, ale mimo wszystko niezbędne - to właśnie miłość.
A więc czy rodzina Beksińskich naprawdę się kochała? Bez dwóch zdań.
Ale czy była szczęśliwą rodziną? To pytanie może dręczyć każdego, kto zdecydował się poznać ich historię.

Ocena:9/10
Kinga Grudniewska
Klasa I D
LO Nr I im. St. Staszica.


„Zapomniani Polacy”

Wojciech Smarzowski ma na swoim kącie już wiele ciekawych produkcji. Reżyser nie boi się podejmować trudnych tematów, co udowodnił między innymi w filmach: ”Pod Mocnym Aniołem”(2014), ”Dom zły”(2009) czy ”Róża”(2011). Jednak prawdopodobnie najtrudniejszym ze wszystkich jest jego ostatni film – ”Wołyń”. Najtrudniejszym i... najbardziej oczekiwanym filmem tego roku (o czym świadczą wyniki BoxOffice’u - ponad 230 000 widzów w weekend otwarcia.) Jak mówi sam reżyser, jest to film o miłości w nieludzkich czasach.
”Wołyń” jest dramatem wojennym, pokazującym tragiczne wydarzenia, jakie miały miejsce na Kresach Wschodnich w 1943 roku. Jednak akcja filmu rozpoczyna się już w 1939 r. Zostajemy wprowadzeni w codzienne życie Polaków i Ukraińców na Kresach. Życie głównej bohaterki - młodziutkiej Zosi Głowackiej całkowicie się zmienia, gdy musi poślubić Macieja Skibę - wdowca z dwójką dzieci. Podczas gdy poznajemy losy Zosi, ukazana została zmieniająca się sytuacja na Wołyniu i relacje pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Widzimy, jak wśród ludzi rodzi się gniew i nienawiść.
Film ”Wołyń” jest wybitnie realistyczny, przez co jeszcze bardziej wstrząsający. Okrutne sceny mordowania Polaków wbijają widza w fotel, a nawet zmuszają do odwrócenia wzroku. Film wywołuje wiele emocji, jeszcze bardziej kiedy mamy świadomość, że te okrucieństwa wydarzyły się naprawdę. Smarzowski zatrudnił profesjonalnych historyków, aby jak najdokładniej odwzorować realia historyczne oraz przybliżyć widzowi klimat polsko-ukraińskiej wsi.
”Wołyń” był również dużym wyzwaniem dla aktorów, przede wszystkim dla odtwórczyni roli głównej bohaterki - Michaliny Łabacz, dla której był to debiut filmowy. Dzięki jej naturalności, zobaczyliśmy zwykłą polską chłopkę zamiast wielkiej aktorki, co pozwoliło widzowi przywiązać się do tej postaci. W filmie mogliśmy również zobaczyć młodego Adrian Zarembę jako Antka Wilka oraz ukraińskiego aktora Wasyla Wasylik jako Petra. W obsadzie znaleźli się również aktorzy tacy jak Arkadiusz Jakubik jako Maciej Skiba oraz Jacek Braciak i Izabela Kuna jako Głowaccy, których Smarzowski obdarzył zaufaniem, ponieważ już nieraz wspólnie współpracowali i po raz kolejny nie zawiedli.
”Wołyń” nie był prostym filmem do realizacji również pod względem technicznym. Finałowe sceny, często nocne, wymagały wielu efektów specjalnych oraz masy statystów. Jednak dzięki wysiłkom ekipy filmowej udało się uzyskać jak najbardziej realistyczny efekt. Warto zwrócić uwagę na muzykę skomponowaną przez Mikołaja Trzaska. W świetnym stylu budowała stan emocjonalny i napięcie poszczególnych scen. Prowadziła widza przez całą historie a wręcz sama ją opowiadała.
Produkcja kinowa o ludobójstwie Polaków na Ukrainie popełnionym przez chłopów ukraińskich i bandytów z UPA(Ukraińska Powstańcza Armia) była bardzo potrzebna, aby uświadomić nam wszystkim prawdę o Wołyniu. Już sama problematyka czyni go wyjątkowym i ważnym. Film jest rozliczeniem się z historii i nie ma w nim miejsca na fantastykę. Ma za zadanie odwzorować rzeczywistość tamtych lat i uświadomić widzom, co tak naprawdę wydarzyło się na Wołyniu w 1943 r.
Jest to przede wszystkim film, który daje widzowi wiedzę na temat tamtych czasów w bardzo realistyczny, emocjonalny sposób. Z całą pewnością twórcy spełnili oczekiwania osób, które cenią kino historyczne. Zwraca uwagę na wydarzenia, które z różnych powodów przez wiele lat były przemilczane. Wołyń stanowi pierwszą próbę podjęcia tematu tragicznych wydarzeń na Kresach Wschodnich przez kino polskie. Reżyser udowodnił, że nam Polakom nie chodzi o zemstę tylko o pamięć. W Polskim kinie nie ma wielu filmów, które wyróżniałby podobny rozmach, epickość obrazu, kostiumy czy bogactwo opowieści.
Myślę że cisza po seansie filmu mówi więcej niż jakiekolwiek słowa. ”Wołyń” z pewnością jest wart obejrzenia nie tylko ze względu na tematykę, która jest bardzo trudna i ważna, ale również dlatego, że twórcom udało się stworzyć bardzo dobry film pod względem technicznym, emocjonalnym oraz artystycznym.

Katarzyna Krysa
Klasa III E
LO Nr I im. St. Staszica


"WOŁYŃ" – film z duszą

Twórczość o tematyce wojennej od zawsze wywoływała u mnie silne emocje. Zwykle po obejrzeniu dramatu historycznego czy wojennego pogrążałam się w natłoku myśli i starałam się dojść do właściwego odebrania danego dzieła. Próbowałam także dostrzec wartości, prawdy i nauki moralne, jakie kryją się w danym filmie. Po obejrzeniu najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń" mogę stwierdzić, iż jest to film, w którym widz może odnaleźć drugie dno i zagłębić się w przesłanie filmu. Film, który nie poddaje się prostej interpretacji.
Film ,,Wołyń" przedstawia świat podczas II wojny światowej widziany oczami głównej bohaterki - Zosi Głowackiej. Mieszka ona wraz z rodziną w Wołyniu. Dziewczyna zakochana w Ukraińskim chłopcu, Petrze, dowiaduje się, że ojciec chce wydać ją za mąż za miejscowego sołtysa - Macieja Skibę. Jej miłosne rozterki przestają mieć większe znaczenie, gdyż staje się ona uczestnikiem tragicznych wydarzeń wojennych i świadkiem barbarzyństwa oraz ludobójstwa.
Moim zdaniem filmu Wojciecha Smarzowskiego momentami nie ogląda się z przyjemnością. Reżyser na ekranie przedstawił brutalną odyseję, okrucieństwo oraz spory narodów, które niosą za sobą przerażające skutki. Ukazał on prawdę w drastycznych scenach, które mocno mną wstrząsnęły, dlatego myślę, że ten film nie jest przeznaczony dla osób wrażliwych, o słabych nerwach. Jest to film pełen krwi i mordu, który momentami jest bardzo przerażający i nieprzyjemny w odbiorze. Jednak ta dosłowność przemocy niesie ze sobą większe przesłanie, jest w pełni uzasadniona i przede wszystkim autentyczna.
Obsada ról w dziele ,,Wołyń" jest fenomenalna. Aktorzy znakomicie oddają się roli. Michalina Łabarz wcielająca się w postać Zosi Głowackiej, moim zdaniem, wybitnie wczuła się w powierzoną jej rolę.
Myślę, że ,,Wołyń" jest to film świetnie zrealizowany. Kamera uchwyciła malownicze krajobrazy, gospodarstwa, tradycje tamtejszej ludności i ich obrzędy. Wspaniałe oddaje obraz wiejskiego życia i zwyczajów mieszkańców Wołynia. Przedstawienie scen z upodlonymi ludźmi, na których dochodzi do tragedii ludzkich, zezwierzęcenia, jest wstrząsające, lecz oddaje autentyzm wydarzeń.
Moim zdaniem, film Wojciecha Smarzowskiego jest trudny w odbiorze, jednak bardzo dobrze przedstawia realia barbarzyńskich czasów. Dzieło trzyma w napięciu, dostarcza niezapomnianych wzruszeń i emocji. Myślę, że obejrzałabym ten film ponownie, ze względu na jego intrygującą akcję i wybitną grę aktorską, która oddaje koloryt czasów grozy i pogardy.

Julia Żelazna
Klasa I D
LO Nr I im. St. Staszica w Ostrowcu Św.


WZRUSZAJĄCO ZABAWNA HISTORIA BOSKIEJ FLORENCE

Lekki i zabawny, ale również wzruszający i skłaniający do refleksji. Tak można opisać film „Boska Florence" w reżyserii Stephen'a Frear'sa. Wydarzenia w filmie mają miejsce
w 1944 roku, a cała historia oparta jest na faktach.
Początkowo sądziłam, że będzie to kolejny lekki film, który nie wzbudzi we mnie żadnych emocji. A jednak... . Historia dotyczy Florence Jenkins (Meryl Streep), chorej na syfilis, starszej kobiety, która marzy o śpiewaniu operowym i występowaniu na scenie. W spełnianiu marzeń pomaga jej mąż St Clair Bayfield (Hugh Grant). Potem pojawia się także uroczy
i utalentowany pianista Cosme McMoon (Simon Helberg), któremu nie podoba się głos Florence, uważa, że kobieta nie potrafi śpiewać, ale przekonuje go wysokość gaży za udzielanie lekcji. Determinacja w spełnianiu swojego największego marzenia, a także miłość do muzyki, motywują Florence do ciężkiej pracy. Bohaterka postanawia wystąpić przed publicznością, wierząc mimo wszystko w swój talent. Niestety, pociąga to za sobą negatywne skutki. Florence umiera, szczęśliwa jednak, że spełniła swoje marzenia. Koniec filmu - niby szczęśliwy a jednak... smutny. I w tym tkwi istota tego filmu – jego przesłanie. Tak, marzenia warto spełniać, ale najważniejsze jest to, aby pozostać sobą. Nawet wbrew negatywnej opinii innych. Czy to nie brzmi paradoksalnie? Tak, jest to paradoks, który nadaje filmowi dodatkowego uroku.
Elegancja i luz, które wnosi film, są imponujące. Hugh Grant w roli brytyjskiego arystokraty i Meryl Streep w roli nieutalentowanej śpiewaczki. Moim zdaniem film jest fantastyczny i warto go obejrzeć.

Karolina Przysucha
Klasa I D
LO Nr I im. St. Staszica w Ostrowcu Św.


BOSKA FLORENCE... POWRÓT W WIELKIM STYLU

Stephen Frears reżyser wielokrotnie nagradzany za swoje artystyczne dokonania powraca na ekrany kin w wielkim stylu. Przyznać trzeba, że jego najnowsza produkcja „Boska Florence” poruszyła większość. Świetnie wyreżyserowany film, z niezwykle trafnie dobraną ścieżką dźwiękową Alexandre’a Desplata, dostarcza wielu dodatkowych bodźców dla naszych umysłów, kiedy to przenosimy się podczas seansu w lata czterdzieste, śledząc historię tytułowej Florence Foster Jenkins.
W filmie poruszony został nie tylko wątek biograficzny. Reżyser skupił nasza uwagę na scenach, które pokazują na czym polega prawdziwe uczucie i poświęcenie. St Clair Bayfield (Hugo Grant), mąż śpiewaczki próbuje uchronić ukochaną osobę, przed złem całego świata i za wszelką cenę spełniać jej marzenia, poświęcając na to swoje życie. Wiedział, że głos jego żony jest żenująco słaby, ale miał świadomość, że oddaje ona śpiewaniu całe serce, dlatego spełniał jej pragnienia związane z muzyką, nie dopuszczając do żony wszelkich krytycznych opinii, płacąc dziennikarzom za pozytywne recenzje jej występów. Nic jednak nie trwa wiecznie i w końcu do Florence dotarły opinie negatywne. Czy zachowanie Bayfielda było pozytywne? Czy można pozwolić, aby osoba, którą obdarzamy uczuciem, żyła w wiecznym kłamstwie, w wyimaginowanym przez nas świecie? Florence nie miała pojęcia, że w pewnych momentach robiła z siebie pośmiewisko. Czy to jest to, czego chcemy dla miłości naszego życia? Warto zadać sobie te pytania po skończeniu filmu.
W filmie nie brakowało momentów komediowych. Tutaj wyróżnić trzeba postać Cosmé McMoona, którego znakomicie zagrał Simon Helberg. Jego mimika, zachowanie, rozśmieszały do łez. Aktorstwo na najwyższym poziomie pokazała niezastąpiona Meryl Streep, wcielając się w tytułową bohaterkę.
Jeśli chodzi o Hugh Granta, komentarz jest krótki. Nie wyobrażam sobie innego aktora pasującego do tej roli. Klasa, klasa i jeszcze raz klasa.

Janik Dominika,
Klasa I D
LO Nr I im. St. Staszica w Ostrowcu Św.


ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ...
Wiele filmów powstaje na podstawie książek. Podobnie jest z dramatem „Zanim się pojawiłeś” w reżyserii Thea Sharrock, jednak rzadko który film zachęca mnie do tego, bym sięgnęła po lekturę, która zainspirowała reżysera do nakręcenia swojego dzieła. W tym przypadku było zupełnie inaczej. Już następnego dnia po wizycie w kinie przekroczyłam próg księgarni, by zdobyć bestseller „New York Timesa”- papierowe wydanie „Zanim się pojawiłeś” autorstwa Jojo Moyes - brytyjskiej pisarki i dziennikarki. Jako wierna fanka i wielbicielka kryminałów Camilli Lackberg, nigdy nie wpadłabym na pomysł kupna lektury z romantycznym wątkiem w roli w głównej. To film wywarł na mnie tak pozytywne wrażenie i zdeterminował do dokładniejszego poznania historii powstawania filmu, jego muzyki, aktorów.
„Zanim się pojawiłeś” to dramat opowiadający o niezwykłej więzi dwojga ludzi, którzy najprawdopodobniej nie spotkaliby się nigdy, gdyby nie nieszczęśliwy wypadek i choroba jednego z bohaterów, dokładniej Willa Traynora (Sam Claflin). Will jeszcze przed wypadkiem był „lwem londyńskiego biznesu”, wspaniałym, zdrowym, wysportowanym i silnym mężczyzną żyjącym pełnią życia. Nie przypuszczał, że w jednej chwili jego całkiem uporządkowane życie może diametralnie ulec zmianom – ulega wypadkowi i zostaje sparaliżowany. A może choroba ma na celu pokazanie Willowi, jak kruche i nieprzewidywalne jest życie? Na kogo może liczyć, gdy potrzebuje pomocy? Czy przyjaciele zawsze pozostają przyjaciółmi? Na te pytania młody Traynor stara się znaleźć odpowiedzi każdego dnia. Jest jeszcze jedno, może najważniejsze z pytań: „Czy choroba i niesprawność fizyczna zamykają każde drzwi do świata marzeń, szaleństwa i miłości? Will powoli traci wszelką nadzieję, powoli gaśnie jego chęć do życia, a na twarzy maluje się prośba: „dajcie mi spokój i zostawcie mnie samego”. Na szczęście na jego drodze w porę pojawia się zwariowana, pozytywna i fantastycznie zakręcona Louisa Clark (Emilia Clarke). Czy jej osoba zmieni nastawienie Willa do otaczającej rzeczywistości? Czy obecność Lou pozwoli pozbyć się Willowi wszechogarniającego cierpienia i bólu, które Traynor wspaniale maskuje?
Jest jeszcze coś…Will postanawia podjąć nieodwracalną decyzję, której Lou mu nie wybaczy. Czy zawzięcie będzie trwał w swoim przekonaniu i skrzywdzi kobietę, która jako jedyna wywołuje uśmiech na jego twarzy?
Nie ma cienia wątpliwości, że zarówno film jak i książka warte są uwagi. Sześć milionów sprzedanych egzemplarzy i czterdzieści języków, na jakie została przetłumaczone, to oszałamiający wynik, który do czegoś zobowiązuje. Historia niebanalna i inna od poprzednich. Dodatkiem uzupełniającym klimat filmu są doskonale dobrane utwory zespołów Imagine Dragons i X Ambassadors - lekkie i przyjemne, jednak niejednokrotnie sprawiające, że po policzkach mimowolnie płyną łzy.
Polecam „Zanim się pojawiłeś” każdemu, niezależnie od wieku, płci i gustu filmowego. To jeden z niewielu dramatów, na którym nuta smutku przeplata się z uśmiechem i ciepłem na sercu.

Magda Barańska,
Klasa II E
LO nr I im. Stanisława Staszica.


"POKÓJ"...

W ostatnich tygodniach na ekranach kin pojawił się film w reżyserii Lenny Arahamsona pt. „Pokój”. Zapewne każdy z nas słysząc słowo „pokój”, wyobraża sobie przytulne pomieszczenie, które pozwala nam odnaleźć ciszę, spokój ducha. Porównam to do „przystani”, w której zawsze możemy się zatrzymać, „zwolnić”. Uważam, że „przystań” to jak najbardziej trafne określenie, ponieważ kojarzy nam się, bynajmniej mnie, z ostoją, melancholią a nawet domem, ponieważ bardzo często nasze domy nazywamy właśnie przystanią, do której wracamy. Niestety głównej bohaterce filmu Ma (Brie Larson) słowo „pokój” kojarzy się tylko i wyłącznie z bólem, zarówno psychicznym jak i fizycznym, niewolą, smutkiem, wyobcowaniem i monotonna walką o przetrwanie w zamknięciu, dokładniej pomieszczeniu określanym jako „komórka”.
Film przedstawia losy kobiety, która jako nastolatka została uprowadzona i pozbawiona wolności przez mężczyznę - Starego Nicka (Sean Bridgers), który dopuścił się na niej gwałtu, czego efektem był syn Jack (Jacob Trembley). Możemy postawić sobie pytanie „dlaczego Ma nie uciekła?!”, ale szybko znajdziemy na nie odpowiedź. Stary Nick jako przebiegły porywacz zamontował w „pokoju” drzwi z kodem dostępu, który jak nietrudno zgadnąć znał tylko on. Drugim, właściwie jedynym otworem, przez które wpadały promienie światła było małe okienko nazywane przez bohaterów „świetlikiem”.
Jestem pod ogromnym wrażeniem kreatywności, pomysłowości i nadziei na lesze życie Ma, matki 5-letniego chłopca, która nawet przez chwilę nie przestawała wierzyć, że kiedyś nastąpi dzień ,w którym odzyska swoja wolność, a także wolność swojego dziecka. Jake jako dziecko zagubione, ograniczone tylko do wyobraźni i próby przedstawienia świata przez matkę nie miał najmniejszego kontaktu ze światem zewnętrznym, nawet z biologicznym ojcem, którego tylko słyszał. Warto dokładniej wspomnieć o osobie Starego Nicka, który bez jakichkolwiek skrupułów więził dwójkę niewinnych ludzi. Uważam, że miał on w sobie dość dużo samozaparcia i silnej woli skoro przez tyle lat, nawet nie próbował w jakikolwiek sposób dopomóc matce swojego dziecka i Jake’owi. Byli oni pozbawieni jakichkolwiek dóbr, jedyne co ich „żywiciel” im dostarczał, to środki i produkty do przeżycia. Najważniejszym momentem w całym czasie trwania filmu jest zdarzenie, podczas którego matka z dzieckiem odzyskują upragnioną wolność, godność i prawo do normalnego funkcjonowania. Wszystko dzięki Ma, która w danej chwili poświęciła bezpieczeństwo Jake’a, swojego jedynego dziecka; postawiła wszystko na „jedną kartę”.
W późniejszych losach obserwujemy perypetie bohaterów, którzy muszą zmierzyć się ze światem i szarą rzeczywistością. Nie jest problemem, by zauważyć, jak trudno jest się zaaklimatyzować małemu Jake’owi, któremu cała rodzina wydaje się obca i nieznana. Ewidentnie widać zjawisko braku zaufania do ludzi. Matka 5-latka, Ma, udaje pozornie szczęśliwą na „wolności”, no właśnie… „udaje” to odpowiednie słowo, ponieważ pozory jakie sprawiała, nie świadczyły o tym, że za chwile będzie próbowała popełnić samobójstwo. Jak widać monotonność ją przerosła, a właściwie jej brak. Była do niej przyzwyczajona, codziennie rano jadła śniadanie z synem, „uczyła go świata”, bawiła się z nim, robiła zabawki. Wspólnie próbowali normalnie funkcjonować. A teraz? Stała się normalną, atrakcyjną kobietą, wolną, która mogła robić, co chciała, na co miała ochotę. Nie musiała żyć pod dyktando chorego „psychola”.
Uważam, że film jest niezwykle emocjonalny, ponieważ jesteśmy ludźmi wolnymi, mamy swoje obywatelskie obowiązki jak i prawa, żyjemy w państwie demokratycznym, które gwarantuje nam ogromną „kartę swobód” i rzadko który człowiek wyobraża sobie, jak czułby się na miejscu bohaterki filmu, która w jednej chwili została pozbawiona tak naprawdę całego dotychczasowego życia. Polecę film każdemu, szczególnie tym, którzy nie doceniają wolności, życia i tego, co mają. Bez wątpienia mogę powiedzieć, że Ma to kobieta, która w swoim dotychczasowym dość krótkim życiu przeżyła niejednokrotnie więcej niż niejeden 50-latek. Słowa Ernsta Jungera: „Istnieje kilka wielkich i niezmiennych miar, które pokazują znaczenie człowieka. Do tych miar, należy ból; jest on najmocniejszą próbą w łańcuchu, który zwykliśmy nazywać życiem” - są trafne i możemy je przypisać do Ma, która słowo „życie” zawsze będzie kojarzyła ze słowami „ból” i „cierpienie”.
Bezapelacyjnie film „Pokój” zasłużył na wszelakie nominacje i nagrody -
( 8 nagród i 30 nominacji).

Magdalena Barańska
klasa II E
LO Nr I im. St. Staszica


"OJCOWIE I CÓRKI"

W ostatnich miesiącach kina proponują nam wiele interesujących filmów, które zdobywają coraz większe uznanie widzów. Za przykład mogą posłużyć, np. „Planeta Singli”, „Listy do M. 2”, „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy”, „Deadpool” czy „Ojcowie i córki”. Chciałabym odnieść się do ostatniego tytułu. „Ojcowie i córki” to dramat w reżyserii Gabriele Muccino, który na dana chwilę został oceniony przez internautów portalu www.filmweb.com na 6,8. Uważam, że film został oceniony zbyt surowo, ponieważ zasługuje na zdecydowanie wyższe notowania. Opowiada o mężczyźnie (Russel Crowe) i jego córce (Amanda Seyfried), którzy w pewnym momencie swojego życia znajdują się na rozdrożu dróg. Rodzina przeżywa dramat związany ze śmiercią matki. Ojciec razem ze swoja kilkuletnią córeczką musi stawić czoła przeciwnościom losu. Jest ich wiele, gdyż nad szczęściem i dobrem dziewczynki czuwa wujostwo, które w późniejszym czasie będzie starało się o adopcję (moim zdaniem całkiem niesłuszną i błędnie uargumentowaną). Dodatkowym problemem zakłócającym spokój rodziny jest choroba ojca, spowodowana głównie depresją po utracie ukochanej żony i matki swojego dziecka. Podczas całego filmu na zmianę zostają ukazane przeszłość i teraźniejszość. Zmieniające się plany czasowe są dla widza w pewien sposób męczące. Dość łatwo zauważyć na przykładzie bohaterki, jak przeszłość może niepostrzeżenie wpłynąć na teraźniejsze
i przyszłe życie. Kate Davis (A. Seyfried) w dzieciństwie straciła ojca, którego kochała nad życie, najwidoczniej przez długi czas nie mogła sobie z tym poradzić, skoro jako dorosła kobieta nie umiała obdarzyć uczuciem żadnego mężczyzny ani stworzyć z nim związku. Jedyne, co łączyło ją z płcią przeciwną to relacja seksualna. W pewnym momencie następuje, można by powiedzieć, punkt kulminacyjny w życiu Kate, gdy poznaje jakby się mogło wydawać mężczyznę swojego życia. Obydwoje „dotykają swoich stref emocjonalnych”, niestety bohaterka wraca do „upodobań” sprzed miesięcy i zdradza. Według mnie nie ma dla niej żadnego usprawiedliwienia, choć każdy może podchodzić do tego indywidualnie i ocenić Kate zupełnie inaczej. Przystępując do oglądania filmu, snułam w głowie trzy zakończenia, rzeczywiste zakończenie całkowicie odbiegło od moich przypuszczeń, co tylko utwierdza w przekonaniu, że „Ojcowie i córki” zaskakują.
Polecam ten film każdemu, głównie młodzieży, która balansuje na granicy „dobrej zabawy” i „moralności”, by przekonała się, że każde zachowanie skutkuje konsekwencjami. Polecam go także dlatego, bo jest wart obejrzenia. Wzruszające jest to, jak wiele desperackich decyzji potrafią podjąć kochający rodzice dla dobra swoich dzieci.

Magdalena Barańska
klasa II E
LO NrI im. St. Staszica


"MOJE CÓRKI KROWY"
czyli
RODZINA CZY PRACA?

Kilka tygodni temu miałam okazję obejrzeć najnowszy film Kingi Dębskiej pt.: „Moje córki krowy”. Ten swoisty komedio-dramat nie tylko daje do myślenia, ale zmusza nas do refleksji i zastanowienia się, co w życiu jest najważniejsze
i powinno być priorytetem - rodzina czy praca? Na to pytanie odpowiadają bohaterki filmu – siostry, tj. Marta (Agata Kulesza) – twardo stąpająca po ziemi, wiedząca czego chce od życia i ludzi i Kasia (Gabriela Muskała)- niepoprawna romantyczka, ceniąca uczucia i doceniająca każdy moment „egzystencji”. Obie połączone niesamowitą więzią z rodzicami (choć można odnieść wrażenie, że
z ojcem są związane o wiele mocniej) próbują stawić czoła przeciwnościom losu. W filmie nietrudno zauważyć zupełnie inne charaktery sióstr, które mimo ciągłych kłótni i odmiennych zdań udowadniają, że potrafią „grać w jednej drużynie”. Marian Dziędziel jako ojciec kochający nad życie swoje córki
i czuwający nad dobrem rodziny mąż rozśmiesza wiele razy do łez.
Uważam, że „Moje córki krowy” ukazują po części życie każdego z nas, mam na myśli przyziemne sprawy dotykające wszystkich ludzi - problemy rodzinne, choroby, śmierć najbliższych…. Warto obejrzeć ten film, ponieważ nie jest tandetną komedią „do pośmiania”, wręcz przeciwnie - niesie ze sobą przesłanie. Polecę go każdemu, zarówno rówieśnikom jak i osobom starszym. Dodatkowym atutem filmu jest oprawa muzyczna, dokładniej końcowa piosenka Piotra Bukartyka „Kup sobie psa”, która delikatnym brzmieniem podsumowuje emocje nagromadzone przez widza podczas seansu.

LO nr I im. Stanisława Staszica
Magda Barańska
Klasa II E


"CHEMIA"
O raku na przekór

Łzawe historyjki o miłości silniejszej niż śmierć już się przeterminowały. Z tego powodu dziś wzruszają jedynie przeciętnych zjadaczy wszystkiego, co obyczajowe i niewymagające czytania między wierszami. Słysząc zarys fabuły ”Chemii”, łatwo zaliczyć ją do takich filmów.
Jeśli reżyser bierze na widelec historię, w której sprawy najbardziej uderzające w naszą wrażliwość są pierwszoplanowe, winien pofatygować się bardziej niż ten, który kręci prostą i w gruncie rzeczy mało śmieszną komedię. Wtedy musi pokazać to, co nie zawsze jest do pokazania łatwe i wygodne.
Interesująca jest sama kwestia inspiracji prawdziwymi wydarzeniami, na podstawie których powstała „Chemia”. Reżyserem jest Bartek Prokopowicz – mąż zmarłej Magdaleny Prokopowicz, założycielki fundacji Rak`n Roll. Jedni litują się nad mężczyzną, widząc w jego produkcji wyraz ogromnego cierpienia po utracie Magdaleny, inni wieszają na nim psy, dopatrując się tutaj chęci zaistnienia poprzez pokazanie tragedii żony, co przecież „nie wypada”. W moim zaś odczuciu fakt ten procentuje w postaci filmu pięknego i szczerego, zupełnie innego niż wszystkie dotychczasowe wyciskacze łez o chorobach nowotworowych, które miałam okazje widzieć. Jeśli Bartek manipuluje uczuciami widza, to w zdrowym stopniu. Opowiada nam o miłości i chorobie bardzo subiektywnie, zaprasza nas do świata, gdzie dwoje ludzi gra w życie na przekór wszystkiemu. Na próżno szukać w „Chemii” codzienności osoby chorej, nad czym moglibyśmy się zastanawiać. Wszystko, co robią i mówią bohaterowie, jest oderwane od ziemi, buntownicze, nierzadko infantylne. Można za to film kochać lub nienawidzić. Nic pomiędzy.
Przekorna jest też konstrukcja dzieła. Częste przeskoki w czasie, wstawki animacyjne, elementy musicalu z udziałem Natalii Przybysz – to tylko niektóre z wielu elementów, wprowadzonych w taki sposób, że całość to filmowe action-painting. Nie zakocha się w „Chemii” nikt, kto gustuje w historiach opowiedzianych chronologicznie i zachowaniem jednej konwencji.
Trzeba koniecznie zwrócić uwagę na kreacje zakochanych, wokół których całe zamieszanie. Tutaj film odrobinę kuleje; o ile Agnieszki Żulewskiej (w filmie Lena) nie sposób nie kupić jako umierającej ekscentryczki, to Tomaszowi Schuchardtowi (Benek) nie jesteśmy w stanie uwierzyć w cokolwiek niezwiązanego z jego uczuciem do Leny, które ukazane jest świetnie. W jednej chwili jest stonowany, spokojny, milczący, by zaraz zacząć grać na konsoli, wybuchnąć gniewem i robić inne, skrajne, impulsywne czy wręcz dziecinne rzeczy. Jest to portret psychologiczny nie bezsensowny, ale bardzo źle przedstawiony.
Za niezaprzeczalny plus trzeba uznać ograniczenie postaci drugoplanowych do minimum. Każda z nich ma swoją rolę i jest barwna, ale pojawia się w odpowiedniej proporcji w filmie, który z założenia jest historią dwojga.
To, co jeszcze zasługuje na uznanie, to ukazanie przez pana Prokopowicza nowotworu bez cenzury. Na ekranie pojawia się nagość, pojawia się kobiece ciało pozbawione włosów po chemioterapii oraz bez piersi. I nie ma tabliczki: „UWAGA! Dla widzów o mocnych nerwach”. W świecie postaci to, co uznajemy za brzydkie i co wywołuje dyskomfort, widzimy jako rzeczywiste. Daje to do myślenia… Obowiązujący „model” kobiety – oto co być może najbardziej krzywdzi panie, które usłyszały diagnozę: „amputacja piersi”. Sądzą one, że jest to równoznaczne z utratą kobiecości, ze staniem się nicością. A wszystko dlatego, że ktoś kiedyś określił schemat. Miłość Benka ma być pięknym dowodem na to, że to naprawdę tylko durna szufladka że szczere i silne uczucie łamie wszelkie konwenanse i że chodzi w nim o coś innego, głębszego.
Zapytana, czy należę do tych, którzy „Chemię” kochają, czy do tych, którzy nienawidzą, odpowiem, że to pierwsze. Choć nie jestem miłośniczką kinowych miszmaszów i faszerowania dzieł wszystkimi modnymi zabiegami, jestem urzeczona emocjonalnością i bezkompromisowością filmu. Spełnia on dwa istotne warunki: jest wiarygodny i budzi wśród odbiorców skrajne odczucia. Tego właśnie trzeba współczesnemu, polskiemu kinu!

Milena Traczyńska
Absolwentka LO Nr I
im.St.Staszica w Ostrowcu Św.


"ROZUMIEMY SIĘ BEZ SŁÓW"
Po prostu... „Rozumiemy się bez słów”

W ostatnich dniach na ekranach kin pojawił się film pt. „Rozumiemy się bez słów” w reżyserii Erica Lartigau’a. Reżyser znany jest również w Polsce z takich utworów jak: „Układ idealny” (2006r.), oraz „Wariaci z Karaibów” (2012r.). Eric Lartigaua specjalizuje się w gatunku komediowym, a w szczególności w komediach romantycznych i kryminalnych, jednak żaden z jego filmów nie odniósł takiego sukcesu, jak ten nakręcony w 2014 roku. Polscy dystrybutorzy nadali mu tytuł „Rozumiemy się bez słów”, zmieniając właściwą wersję nadaną przez reżysera czyli „La familie Belier”.
Film opowiada historię pewnej przeciętnej rodziny Belier. Są oni farmerami, żyją na francuskiej prowincji i sprawiają wrażenie ludzi bardzo szczęśliwych, mimo przeciwności losu. Małżonkowie bowiem, podobnie jak ich syn, są głuchoniemi. Jedynym łącznikiem ze światem „słyszących” jest ich szesnastoletnia córka Paula. Paula została nie tylko obdarzona słuchem, ale także pięknym głosem, który odkrył jej szkolny nauczyciel śpiewu. Zaproponuje on dziewczynie, by zgłosiła się na przesłuchania do Paryża. Paula długo się waha, ponieważ tylko ona zna język migowy i dzięki temu może pomagać rodzicom kontaktować się z innymi ludźmi, pomaga im także w gospodarstwie oraz w rodzinnym biznesie.
Lartigau zastrzegał się w wywiadach, że nie chciał kręcić dokumentu o ludziach niesłyszących czy głuchoniemych, lecz stworzyć film fabularny, który opowiadałby nie nachalnie o ich sposobie widzenia świata. Dlatego też w filmie pojawia się tylko jedna scena, w której cała ścieżka dźwiękowa zostaje wyciszona, by pozwolić widzom choćby minimalnie „zaznać" perspektywy osoby niesłyszącej. Jest to scena występu publicznego Pauli, którego jej rodzice nie mogą usłyszeć, ale tylko zobaczyć radość na twarzy śpiewającej córki oraz łzy w oczach pozostałych siedzących na sali osób. Na „Rozumiemy się bez słów" nie należy wstydzić płakać, bo nie ma w tym ani nic złego, ani krępującego. To po prostu ludzkie. Jeśli warto wynieść z tego skromnego francuskiego dzieła jedną tylko nauczkę, to właśnie taką, że warto zawsze być sobą i cieszyć się z bycia wśród innych podobnie myślących osób.

Katarzyna Loranty
Klasa II E
LO Nr I
im.St.Staszica w Ostrowcu Św.


"ROZUMIEMY SIĘ BEZ SŁÓW"
Ujmujący film...

Francuskie kino potrafi ujmująco pokazać prostotę życia, przez co skutecznie trafia do widzów. Francuzi udowodnili to już nieraz w swoich produkcjach. Między innymi film "Nietykalni" Oliviera Nakache, który niweluje wszelkie różnice klasowe. Opowiada o ciemnoskórym mężczyźnie, który opiekuje się sparaliżowanym bogaczem.
25 maja 2015r do polskich kin trafił kolejny dobrze zapowiadający się film: ,,Rozumiemy się bez słów" w reżyserii Erica Lartigau. Jest to uniwersalna opowieść o szukaniu własnej drogi i wkraczaniu w dorosłe życie. Poznajemy rodzinę Belierów. Są to prości, sympatyczni ludzie posiadający własne gospodarstwo. Pan i pani Belierowie oraz ich syn Quentin są głuchoniemi, przez co ich głównym łącznikiem z resztą świata jest ich córka - Paula. Ponadto spoczywa na niej wiele obowiązków związanych z interesem rodzinnym. Paula wkracza w dorosłe życie, zakochuje się, odkrywa swój talent - jest uzdolniona muzycznie. Rodzice zaczynają się obawiać, że Paula opuści dom rodzinny i wpadają w panikę.
Istotną role w filmie odgrywa muzyka, która jest idealnie dopasowana do wydarzeń, a szczególnie francuskie piosenki z repertuaru Michel’a Sardou, w wykonaniu Louane Emera. Przede wszystkim doskonale tworzą klimat filmu oraz wzbogacają fabułę.
Na szczególną uwagę zasługują dwie sceny. Kiedy Paula śpiewa przed publicznością, a widz może wczuć się w role rodziców. Pozwala to na głębsze przeżycie filmu i utożsamiane się z bohaterami. Kolejną, bardzo wzruszającą sceną, jest finałowy występ Pauli, który jest również jej pożegnaniem z rodzicami.
Film ,,Rozumiemy się bez słów" ukazuje wydarzenia z życia i zwraca uwagę na to, że zawsze trzeba być sobą. Swoją wyjątkowość zawdzięcza również grze aktorskiej między innymi Karin Viard, Francois Deniens oraz Louane Emera, która za swoją grę otrzymała nagrodę Cezara.
Film ten został bardzo dobrze przyjęty przez widzów, dzięki czemu ma szanse dołączyć do najlepszych francuskich produkcji.

Katarzyna Krysa
Klasa II E
LO Nr I
im.St.Staszica w Ostrowcu Św.


"PANIE DULSKIE"

W ostatnich dniach na ekranach kin pojawiła się komedia obyczajowa „Panie Dulskie” w reżyserii Filipa Bajona. Za muzykę w filmie odpowiedzialni są Jan Komar oraz Piotr Zabrodzki. Autorem zdjęć do filmu jest Łukasz Gutt natomiast za scenografię odpowiedzialna była Anna Wunderlich. W rolach głównych wystąpili Krystyna Janda (Aniela Dulska), Olgierd Łukaszewicz (Felicjan Dulski), Maja Ostaszewska (Melania Dulska), Katarzyna Figura (matka Melanii), Sebastian Fabijański (Zbyszko), Diana Zamojska (Hanka) oraz Katarzyna Herman (Jasiewiczowa).
Film „Panie Dulskie” jest swobodną adaptacją dramatu „Moralność Pani Dulskiej” autorstwa Gabrieli Zapolskiej wydanego w 1907 roku. Reżyser pozwolił sobie na przedstawienie swojej wizji współczesnego społeczeństwa polskiego, w którym nadal obecna jest „dulszczyzna”. Oprócz przedstawienia rodziny Dulskich, którą znamy z dzieła pani Zapolskiej, widz poznaje także losy następnych, przeklętych przez Felicjana, pokoleń. W tym miejscu poznajemy Melanie Dulską, młodą reżyserkę, która pragnie nakręcić film o tajemnicy swojej rodziny. W tym celu przybywa do swojego domu rodzinnego, w którym nadal mieszka jej matka i dzięki retrospekcjom widz poznaje historie rodziny Dulskich. Moją szczególną uwagę przykuło pozorne skontrastowanie Melanii i Anieli Dulskich. Aniela Dulska jest osobą, która „brudy rodzinne” za wszelką cenę chce utrzymać w tajemnicy. „Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział. Rozwłóczyć je po świecie to ani moralne, ani uczciwe”. Natomiast Melania Dulska chce o rodzinnych brudach nakręcić film dokumentalny a ekshibicjonizm uważa za największe osiągnięcie ostatnich lat. Właśnie te dwie skrajności ukazują podobieństwo Melanii i Anieli Dulskich. Ponadto w filmie widzimy dwie sceny, na których żadna z kobiet nie daje nawet grosza mijanej na ulicy żebraczce. Tak jak Zapolska wyśmiewała skrytość Anieli, tak Bajon wyśmiewa ekshibicjonizm Melanii. Film zwraca naszą uwagę na niezmienność natury ludzkiej i postrzegania świata.
Na plakatach reklamowych możemy przeczytać, że „Panie Dulskie” są komedią obyczajową. Zbyt wielu okazji do śmiechu podczas seansu nie doświadczyłem, ale mimo to oglądałem film z przyjemnością. „Panie Dulskie” warto obejrzeć chociażby dla samej gry aktorskiej, która stoi na bardzo wysokim poziomie.

Jakub Pobiega
Klasa II E
LO Nr I
im.St.Staszica w Ostrowcu Św.


"CHEMIA"
O „Chemii”... raczej negatywnie

Drugiego października na ekrany polskich kin weszła nowa produkcja w reżyserii Bartosza Prokopowicza „Chemia”. Jest to film nawiązujący do historii Magdaleny Prokopowicz, założycielki fundacji Rak’n’roll. Opowiada on o miłości dwójki młodych ludzi, którzy żyją tak, „jakby jutra miało nie być”. Lena (Agnieszka Żulewska) choruje na raka piersi, nie chce poddać się leczeniu twierdząc, iż jest tchórzem, a walka z nowotworem wymaga odwagi. Jej mąż Benek (Tomasz Schuchardt), niedoszły samobójca namawia bohaterkę do wypowiedzenia wojny rakowi. Obiecuje jej wsparcie, dlatego też film przepełniony jest scenami przedstawiającymi wzloty i upadki małżeństwa. „Chemia” to bardziej emocje, ból, cierpienie niż fabularny film zapadający w pamięć. Na respekt szczególnie zasługuje do bólu autentyczna scena ukazująca stojącą nago przed lustrem Lenę, która wyje z cierpienia po usunięciu piersi. Momenty romantyczne, jak i te posępne, przeplatane są muzycznymi wstawkami. Na ekranie pojawia się Natalia Grosiek, która niczym chór w tragedii greckiej komentuje przedstawione wydarzenia.
Być może Prokopowicza przerosło wyreżyserowanie filmu nawiązującego do historii, którą sam przeżył. W „Chemii” brakuje racjonalizmu, udziwnienia zaburzają całą równowagę filmu. Czy ekranizację warto obejrzeć? Tak-ze względu na emocje, nie-jeśli liczymy na poruszającą i zapadającą w pamięć opowieść o walce z rakiem.

Weronika Mirga
Klasa II E
LO Nr I
im.St.Staszica w Ostrowcu Św.


"MAŁY KSIĄŻĘ"

Godny polecenia film...czyli historia „Małego Księcia”.

Mały Książę jest to film animowany w reżyserii Marka Osborne’a, nakręcony na podstawie książki Antoine’a de Saint-Exupéry’ego pod tym samym tytułem. W filmie tym, co prawda nie doszukamy się idealnego odwzorowania książki, tekst oryginalny został zaadaptowany specjalnie do potrzeb współczesnego odbiorcy. Historia odpowiada losy malej dziewczynki, która za wszelka cenę próbowała dorosnąć i dostać się do wymarzonej szkoły. Jej matka chciała pomóc córce, tworząc dla niej „plan na życie”. Dziewczynka zaprzyjaźnia się z sąsiadem – ekscentrycznym staruszkiem zafascynowanym wynalazkami. Zaniedbuje swój „życiowy plan”, spędzając coraz więcej czasu z przyjacielem i tym samym poznaje (znaną wszystkim czytelnikom) opowieść o losach poznanego przez Pilota na pustyni Małego Księcia. Staruszka możemy więc utożsamić z Antoinem de Saint-Exupérym.
W filmie treść samej powieści zostaje bardzo okrojona. Jednak zawarcie w adaptacji najważniejszych postaci, takich jak Róża, Próżny, Król, Bankier, Lis lub Wąż, nie pozostawia w widzach uczucia niedosytu, przez co czyni te „bajkę” tak wspaniałą.
„Mały Książę” to film dla całej rodziny. Tak samo jak książka zawiera ponadczasowe wartości, takie jak: miłość, przyjaźń, dom, rodzina, życie… Zaś wątek wprowadzony tylko na potrzeby filmu, nadaje produkcji szczególnego uroku. Dodatkowo opowieść pozbawiona jest przemocy, agresji i wulgaryzmów tak popularnych w dzisiejszych filmach – nawet animowanych – przez co jest przyjazna przede wszystkim dla tych najmłodszych odbiorców. I nawet ja, choć jestem już dorosła, z pewnością poleciłabym go wszystkim swoim znajomym.

Marika Prucnal
klasa 3A
LO Nr I im.St.Staszica
W Ostrowcu Świętokrzyskim


"MAŁY KSIĄŻĘ"

Pozostać dzieckiem...?

Film Mały Książę wyreżyserowany przez Marka Osborne'a, to najnowsza ekranizacja książki Antoine'a de Saint - Exupery'ego pod tym samym tytułem.
Tym razem reżyser postanowił przenieść nas w świat animacji - ekranizacja ta bowiem stanowi połączenie animacji komputerowej z animacją poklatkową. W rezultacie daje niezwykłą opowieść o małej dziewczynce, której mama opracowała szczegółowy plan na życie i przemyślaną ścieżkę kariery. Niestety zapomina ona, że każdy ma prawo do dzieciństwa i każdy z nas był kiedyś dzieckiem. Na szczęście dziewczynka spotyka wyjątkowego staruszka (Pilota), który wprowadza ją do niezwykłego świata Małego Księcia i Róży. Staruszek uczy dziewczynkę o wartościach takich jak przyjaźń czy miłość, które powinny być dla każdego człowieka najważniejsze.
Celem filmu jest przede wszystkim ukazanie wartości, jakimi powinniśmy się kierować w naszym życiu. Ekranizacja Marka Osborne'a pozwala dostrzec swoje wady i pomaga nam spojrzeć na świat z innej perspektywy. Dzięki filmowi możemy zrozumieć i zdać sobie sprawę z tego, że powoli każdy z nas zatraca w sobie swą wyobraźnię dziecka i wkracza w świat rzeczywistości dorosłych osób. Zaczynamy myśleć o pieniądzach, pracy i innych „wartościowych” rzeczach, lecz nie powinniśmy pozwolić, aby to zepsuło naszą osobowość. Film uświadamia nam, że w każdym z nas powinna zostać choć odrobina dziecka i jego wyobraźni. Uważam zatem, że warto zobaczyć ten film, aby przekonać się, czy nie zatraciliśmy w sobie dziecięcej niewinności, fantazji oraz wrażliwości.

Joanna Partyka
klasa I C
LO Nr I im.St.Staszica
w Ostrowcu Św.


"WE ARE YOUR FRIENDS"

Ten pełen prawdziwego życia film wyreżyserowany przez Max'a Josepha na podstawie napisanego przez niego scenariusza jest dziełem godnym uwagi, trzynastym w jego dorobku. Do filmu zaangażowani zostali młodzi aktorzy: Zac Efron, Emily Ratajkowski, Shiloh Fernandez, Alex Shaffer, Jonny Weston i Wes Bentley, którzy świetnie odegrali swoje role. Najbardziej wyrazistą postać Cola Cartera stworzył Zac Efron - idol współczesnej młodzieży, znany m. in. z 17 Again i The Loxar. Jego wygląd i zachowanie podkreślają realizm odgrywanego bohatera - chłopaka marzącego o karierze DJ'a. Film wpisuje się w konwencję dramatu, romansu i filmu muzycznego.
Dzieło Josepha prezentuje współczesną historię młodych ludzi poszukujących swojej przyszłości i porusza aktualne problemy nastolatków. Osią filmu jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie dotyczące tego, czy możemy być kimś więcej niż jesteśmy. Młodzi bohaterowie w trakcie zdobywania tego, co naprawdę chcą w życiu robić, natrafiają na różne sytuacje, które z jednej strony im przeszkadzają, a z drugiej pomagają w realizacji upragnionego celu. Dość przyjemnie ogląda się ten pojedynek między tym, co czuje się w sercu, a tym, co niesie rzeczywistość. Aktorzy odwzorowujący postacie wzbudzają negatywne i pozytywne emocje. Pokazują czego człowiek w życiu powinien unikać, a do czego tak naprawdę dążyć. Muzyka Elektro House nie tylko pomaga bohaterowi realizować marzenia, ale również uatrakcyjnia warstwę dźwiękową filmu. Z jednej strony nie jest to dzieło, które zaliczyć można do filmów akcji czy rozrywkowych, z drugiej (i to jest walor) - zmusza młodego widza do myślenia na temat przyszłości, sensu realizowania celów, mimo napotykanych trudności.
Choć film pozbawiony jest efektów specjalnych, tak częstych we współczesnym kinie, to wydaje się być specjalnie stworzony dla młodych ludzi. Podejmowane przez głównego bohatera decyzje skłaniają do refleksji. W świetle powyższych argumentów warto obejrzeć ten film.

Barbara Mączka
kl.1C
Liceum Ogólnokształcące Nr I
im. St. Staszica w Ostrowcu Św.


"MAGIC MIKE XXL"

Jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć "Magic Mike XXL".
Nie ukrywam, pierwsza część zrobiła na mnie spore wrażenie i bardzo ucieszyła mnie wieść o kontynuacji. Niecierpliwie czekałam na premierę i naprawdę sporo od tego filmu oczekiwałam. Czy teraz, po obejrzeniu filmu jestem usatysfakcjonowana? - I tak, i nie.
Oglądając zwiastun spodziewałam się dynamicznej, wciągającej akcji, dużych ilości muzyki i tańca, ale przede wszystkim czegoś bardziej w klimacie "Magic Mike'a" z 2012 roku. Tymczasem jedyną klamrą spinającą oba filmy jest cześć obsady. W sequelu brakuje mi moich ulubionych postaci: Adama (Alex Pettyfer) i Dallasa (Matthew McConaughey). Zupełnie bez sensu zamknięto też wątek miłosny Mike'a (Channing Tatum) i Brooke (Cody Horn), który tak naprawdę się skończył zanim na dobre zaistniał. Ubolewam także nad tym, jak mało w tym filmie Matta Bomera. Oczywiście jest on i tak o wiele bardziej wyeksponowany niż w pierwszej części, jednak mimo to, wciąż czuję niedosyt. Bomer to świetny aktor, a jego postać jest naprawdę interesująca. W moim odczuciu jest on o wiele lepszy niż Tatum, który dostał główną rolę. Nie wiem czy to kwestia braku jakiejkolwiek sympatii dla aktora, czy po prostu obiektywna opinia, ale moim zdaniem Channing Tatum jest strasznie mdły. Świetnie tańczy, ale jeśli chodzi o grę aktorską... Jak dla mnie jest to całkowita porażka. Obsadzenie go w głównej roli to jakieś nieporozumienie.
Nie podoba mi się także to, że poza ładnie wyrzeźbionymi ciałkami ani aktorzy ani grane przez nich postaci nie mają zbyt wiele do zaoferowania. To taka kontynuacja na siłę, na zasadzie „A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!”.
Ale dość ostrych słów! Mimo wyżej wymienionych wad, film ogląda się całkiem przyjemnie. W zasadzie nie trzeba znać pierwszej części żeby dobrze się bawić oglądając drugą. Jest to idealny film na leniwe, niedzielne popołudnie albo babski wieczór z przyjaciółkami.
Podsumowując: „Magic Mike XXL” nie powalił mnie na kolana. Ale nie żałuję też wydanych na bilet pieniędzy. Mimo tych wad o których wspomniałam wcześniej, film jest bardzo przyjemny w odbiorze. Nie męczy, czas się na nim nie dłuży, a półnadzy, przystojni panowie skutecznie przyciągają uwagę widza.
Film zdecydowanie polecam, niekoniecznie ze względu na jego fabułę, ale choćby dla chwili relaksu i oderwania od rzeczywistości.

Gdybym miała ocenić tę produkcję w skali 1-10, musiałabym pokusić się o dwie oceny.

Jako sequel kultowego „Magic Mike’a” z 2012 roku, film zasłużył co najwyżej na słabą 5.

Natomiast jako samodzielne, niezależne dzieło spokojnie zarobiłby u mnie 7.

Średnia tych ocen to 6, myślę, że to całkiem przyzwoity rezultat.

Anna Malinowska


"AVENGERS: CZAS ULTRONA"

Parę dni temu miałam okazję zobaczyć najnowszy owoc pracy Marvel Studios – „Avengers: Age of Ultron”.
Jak wiadomo, jest to już drugi film opowiadający historię Drużyny Mścicieli (nie licząc filmów o poszczególnych bohaterach, bo tutaj mamy już trzy części historii Iron Mana, dwie Hulka, dwa filmy o Kapitanie Ameryce i dwa o Thorze), mogłoby się więc wydawać, że im dłużej ciągnie się jakiś temat, tym mniej ma się do zaoferowania. Czy tak jest również w tym przypadku?
Nie ukrywam, że na premierę „Avengersów” czekałam jak mała dziewczynka na Świętego Mikołaja. Szłam więc do kina oczekując wiele i… Wychodziłam ocierając łzy.
Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to tak naprawdę nie mam większych zastrzeżeń. Marvel Studios stworzyło już tyle filmów w podobnym klimacie, że efekty specjalne to dla nich gratka. Jak zwykle było spektakularnie i imponująco, czego przykładem może być scena walki Hulka i Iron Mana.
Nie zabrakło także idealnie wyważonej dawki dobrego humoru. Charakterystyczne żarciki Tony’ego Starka, Kapitan Ameryka i jego niechęć do wulgaryzmów… To wszystko podtrzymywało klimat i (przynajmniej w moim przypadku) utrzymywało na twarzy uśmiech niemal przez cały czas trwania filmu.
Sporym zaskoczeniem okazało się dla mnie istnienie rodziny Sokolego Oka.
Oglądając pierwszą część „Avengersów”, byłam przekonana, że łączy go coś z Czarną Wdową. A tymczasem ona z Hulkiem… W sumie nie ma w tym nic złego, ale na ten moment jakoś dziwnie się z tym czuję. Hulk miał swoją Betty i uważam, że to ona powinna na zawsze pozostać tą jedyną. Może trochę za bardzo idealizuję postać, ale to jednak superbohater, on z założenia ma być niedoścignionym wzorem…
Jednak dość na ten temat. Czas przejść do tego, co uważam za najważniejsze.
Odkąd dowiedziałam się, że w nowych „Avengersach” pojawią się cudowne bliźnięta, niemalże nie mogłam pohamować ekscytacji. Zawsze uwielbiałam Pietra i Wandę.
Kiedy byłam małą dziewczynką, często oglądałam „X-Men: Evolution”. To właśnie ta bajka wprowadziła mnie w świat superbohaterów i dzięki niej pokochałam Quicksilvera i Scarlet Witch.
Strasznie się ucieszyłam że poza grupą „starych wyg” pojawi się parę nowych twarzy, a wśród nich Elizabeth Olsen i Aaron Taylor-Johnson. Ten ostatni świetnie sprawdził się w roli Quicksilvera i mimo wielkiej sympatii dla Evana Petersa (odtwórcy tej samej roli w „X-Men: Days of the Future Past”), wydaje mi się, że jego młodszy kolega poradził sobie o wiele lepiej. Jest to zresztą bardzo zabawne, bo Peters i Taylor-Johnson znają się z planu „Kick-Ass”.
Panna Olsen, młodsza siostra słynnych bliźniaczek, kolejny raz udowodniła, że życie w cieniu słynnych sióstr zdecydowanie wyszło jej na dobre. Pamiętam, że pierwszym filmem w jakim ją widziałam było „Red Lights” i byłam nią oczarowana. Nadal jestem.
Ale dość tych zachwytów. Kwestią, którą bardzo chcę poruszyć, jest śmierć Pietra.
To wspaniale, że umiera on w tak heroiczny sposób i udowadnia tym samym, że jest człowiekiem honoru. Nie rozumiem jednak, jaki sens ma jego śmierć. Bez niego Wanda już nigdy nie będzie taka sama, a Drużyna Mścicieli wiele straci. Jego postać jest niesamowicie barwna. Ma on za sobą trudną przeszłość, jednak mimo pozornej gruboskórności, okazuje się być człowiekiem o gołębim sercu. Jest to postać która wzbudza powszechną sympatię i jej eliminacja wydaje się być kiepskim pomysłem.
Mam jednak nadzieję, że jego przyspieszony metabolizm jest kluczem do przyspieszonej regeneracji, a tym samym furtką, która pozwoli twórcom kolejnej części na ożywienie go. Po prostu nie wyobrażam sobie kolejnych części „Avengersów” bez niego. Ba, nie wyobrażam sobie, że Wanda będzie potrafiła pogodzić się z jego śmiercią. Wcześniej wspomniałam o tym, że z kina wychodziłam ocierając łzy. Nietrudno się domyślić, że płakałam właśnie z powodu śmierci Pietra.
Podsumowując te chaotyczne rozważania muszę przyznać, że był to dobry film. Bez wątpienia poleciłabym go wszystkim fanom tego typu filmów.
Co prawda są pewne drobiazgi które bym chętnie zmieniła (właściwie to tylko jeden…), ale generalnie daje film radę. Na pewno wybiorę się na kolejną część. Choćby tylko po to, żeby zobaczyć, czy Quicksilver naprawdę nie żyje.

Anna Malinowska


"PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA"

"Każda kobieta czeka na księcia na białym koniu"

W pewnym stopniu nasze życie tworzą ludzie, których spotykamy.
Czasami to właśnie oni wskazują nam dalszą drogę, pomagają odszukać zagubiony sens codzienności, innym razem pokazują, że możemy żyć inaczej.
Film "Pięćdziesiąt twarzy Greya" w reżyserii Sam Taylor-Johson jest doskonałym przykładem powyższego stwierdzenia. Młoda studentka literatury, poznając bogatego przedsiębiorcę Christiana nie wiedziała, że jej życie nigdy już nie będzie takie samo. Mężczyzna zabiera kobietę do świata nieziemskiej rozkoszy, niezaspokojonych pragnień i płomiennych namiętności. Milioner pragnie pokazać ukochanej swoją własną definicję uczucia, proponuje dość niecodzienny układ. Jednak czy prawdziwy związek może opierać się tylko na sferze seksualnej, czy bohaterka będzie w stanie poświęcić własną wolność i niezależność w imię miłości? Przekonają się Państwo sami oglądając film "Pięćdziesiąt twarzy Greya".
Moim zdaniem twórcy filmu chcieli pokazać, że w XXI wieku kobiety też mają swoje marzenia i małe pragnienia. Każdy człowiek powinien poznać swoje własne ja, nie bać się drzemiących w nim uczuć. Mamy jedno życie i musimy nauczyć się żyć w zgodzie ze sobą i swoimi emocjami, zapomnieć o przykrych wspomnieniach, a pielęgnować piękne chwile. Czasami ktoś kogo mamy przy swoim boku potrafi odmienić nas samych. Doskonale widać to na przykładzie głównego bohatera, który dzięki związkowi z Anastasią zaczyna postrzegać wszystko zupełnie inaczej, zmienia nastawienie do otaczającej go rzeczywistości. Dodatkowym atutem filmu jest znakomita obsada na czele ze wschodzącymi gwiazdami Hollywood Jamiem Dornanem "Christian", Dakotą Johson "Anastasia" czy Eloise Mumford "Kate Kavanah".
Film zachwyca niezwykłą muzyką na czele z piosenkami "Love me like you do" Ellie Goulding, czy też "Earned It" zespołu Weeknd.

Gabriela Chruściel


Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Przyjaźń damsko-męska, która w istocie jest czymś więcej - czy to temat zbyt ryzykownie oklepany na komedię romantyczną? Christian Ditter na to pytanie odpowiedział sobie: "nie" i wykorzystał motywy powieści Cecelii Ahern do stworzenia swojego najnowszego filmowego dzieła, pt. "Love, Rosie". Z jakim skutkiem?
Do wybrania się do kina nie trzeba było mnie dwa razy namawiać. Wystarczyło, że ujrzałam w zwiastunie Lily Collins (jedna z moich ulubionych aktorek, odkąd zobaczyłam ją jako Clary w "Mieście kości") i Sama Clafina (świetna rola Finnicka w "Igrzyskach śmierci"). Para ta, wyjęta z nieistniejących, filmowych światów, dla odmiany wrzucona zostaje do przyziemności i muszę przyznać, że odnajduje się w niej znakomicie. Myślę, że kwintesencją każdego love story jest znalezienie aktorów, którzy na kilkadziesiąt minut przekonają widza, że "chemia" przed kamerą jest prawdziwa. W "Love, Rosie" to mistrzostwo świata! Poza tym, uwagę przykuwa też ich filmowa osobowość. Lily jako Rosie to dla mnie nadal Clary - urocza, zagubiona w świecie, który nie pyta o to, czego chce ona, zmuszona w pewnym momencie z przytupem upomnieć się o swoje, jednocześnie cudownie ironiczna. To wszystko można zamknąć jedną klamrą - barwna. Mogę ją zobaczyć w milionie kolejnych filmów, tak samo wykreowaną, w najróżniejszych światach i zrobię to z wielką przyjemnością! Jeśli zaś chodzi o Sama, zdecydowanie mniej w nim Finnicka. Już nie próbuje być groteskowo czarujący i nie zmienia się w odpowiednich momentach w wojownika. W "Love, Rosie" jest nieułożonym, dowcipnym chłopakiem, który sam nie do końca wie, czego chce i dopiero dwa nieudane związki są w stanie uświadomić mu, jaką drogę uczuciową powinien obrać.
W historii Rosie i Alexa jest jednak spory mankament. "Chemia" nie idzie w parze z dobrą narracją, dlatego mam wątpliwości co do tego, czy miłość bohaterów zapadnie widzom w pamięci na dłużej. Twórcom nie udała się pewna rzecz... Wiemy, że uczucie między "przyjaciółmi" miało przetrwać próbę czasu i rozłąki. Ale nie bardzo wiadomo, czy mieli oni wydorośleć. Z jednej strony widzimy zmiany zachodzące w ich życiu: dziecko, związki, spełnianie zawodowych ambicji. Ponadto w rozmowie z przyjaciółką, która wyraża dezaprobatę dla związku z Gregiem, Rosie mówi wprost: "Chcę kogoś mieć. Jestem zmęczona czekaniem. On jest ojcem Katie". Przestaje więc na moment liczyć się to, czego młoda kobieta rzeczywiście pragnie - lata płyną, na scenę wchodzi roztropność. Podobnie zresztą dzieje się w przypadku Alexa - jeśli związek, to z rozsądku. Chociaż w finalnej scenie widzimy ich wpatrzonych w siebie, mówiących całymi sobą: "Tak, chcę z tobą być", to ja i tak nie byłam przekonana w owym momencie do ich dorosłości. A może właśnie tak miało być? Może przez cały czas mieli być dwójką zagubionych, impulsywnych dzieciaków, niepotrafiących poradzić sobie ze światem dojrzałości i stabilizacji? Może dopiero ten moment w hotelu Rosie miał być przełomem, początkiem innej mentalności? Nie wiem. Tak czy siak przyjemność z oglądania była przez to mniejsza, bo po kolejnych doświadczeniach bohaterów chciałoby się zobaczyć w ich myśleniu jakieś zmiany, choćby minimalne.
Jest natomiast inny, ważny plus - scenografia. Każda scena jest niezwykle przyjemna dla oka! Zarówno Dublin, jak i Boston, mają pewien romantyczny klimat, idealnie pasujący do losów Rosie i Alexa.
Generalnie Love, Rosie się wybrania. Ogromne znaczenie ma kreacja obojga głównych bohaterów, nutka ironii i humoru na przyzwoitym poziomie oraz wspomniane przed chwilą, urzekające piękno scenerii. Za to wszystko można wybaczyć twórcom niekoniecznie zakończoną powodzeniem próbę opowiedzenia historii o dojrzewaniu. W końcu w komedii romantycznej i tak liczy się przede wszystkim uczucie i humor.

Milena Traczyńska
I LO im. St.Staszica
klasa III D


OBYWATEL OCZAMI MŁODEGO POKOLENIA

Obywatel - film Jerzego Stuhra o przeżyciach pokazanego w krzywym zwierciadle pokolenia reżysera - zapowiadał się jako tegoroczna perełka polskiego kina. Seans jednak utwierdził mnie w przekonaniu, że współcześni reżyserzy wiedzą doskonale jak robić filmy, ale nie bardzo wiedzą, po co je robić.
Zacznijmy od samego początku - styl. Tu już pojawia się problem - dramat czy komedia. Po trochu oba, po trochu żadne. Film nie obiera żadnej z konwencji, najbliżej mu jednak do tzw. „komedii pomyłek”. Jednakże brak utwierdzenia w tej konwencji spowodował, że wiele inteligentnych żartów nie wybrzmiało, a momenty dramatyczne były pozbawione siły.
U widza występowała więc apatia.

Główny bohater - Jan Bratek - grany jest przez znane już wszystkim duo: Jerzego i Macieja Stuhrów. Ich gra aktorska stoi na przyzwoitym poziomie, trudno zdecydować, który z panów był lepszy. Jednakże po głębszej analizie ponownie wychodzi na jaw olbrzymia gafa scenariusza. Jak bowiem opiszemy głównego bohatera? Jaki jest obywatel Bratek? Nie chcę nikogo pouczać w kwestii robienia filmów, zwłaszcza pana Stuhra, ale ideą komedii pomyłek jest, aby przez sytuacje tragikomiczne poznawać bohatera. To jest najważniejsze. Ten zabieg sprawia, że nie jest on postacią bezpłciową, zżywamy się z nim, kibicujemy mu i wciąż zastanawia nas, jak wybrnie z kolejnej ciężkiej sytuacji. W Obywatelu nie ma o tym mowy. Janek ciągle uwikłany jest w pechowe sytuacje, jednak służą one przedstawieniu historii Polski. O naszym protagoniście niczego się nie dowiadujemy, osobowości jak nie miał, tak nie ma, co sprawia, że nie uzyskuje mojej sympatii. Nie zżywam się z nim i nie obchodzi mnie jego los.
Co zaś się tyczy konstrukcji filmu, zarzuty tylko się mnożą. Od aktora zarówno teatralnego jak i filmowego z wieloletnim doświadczeniu wymagam jednak pewnej świadomości artystycznej. „Obywatel” zaś jest całkowicie chaotyczny. Po pierwsze - nie ma wątku głównego. Obserwujemy przeszłość bohatera, ale dlaczego? Nie ma autentycznej potrzeby prześledzenia jego życia. Równie dobrze film mogłaby otwierać scena, kiedy Bratek je śniadanie, zamyśla się i zaczyna śledzić swe dawne życie. Po drugie - niekonsekwencja czasowa pokazywanych retrospekcji. Jeśli decydujemy się na ten zabieg, musi on być usprawiedliwiony. Prosty przykład - pierwszą retrospekcją niech będzie internowanie, gdyż bohater przeżył wtedy największy stres w życiu i najlepiej te wydarzenia zapamiętał. Po trzecie - niezwykle infantylna końcówka. Przyczyna jest jednak wiadoma, brak umotywowania całego filmu - brak puenty. Po czwarte - sceny odwiedzin w szpitalu. Zupełnie niepotrzebne, nic nie wnoszące zapychacze, którym daleko było zarówno do dobrego smaku jak i komiczności.
Na plus trzeba wymienić zalążki genialnego humoru i prawdziwego dramatyzmu. Miejscami pan Stuhr w bardzo oryginalny sposób parodiował polskie zachowania, sposoby myślenia i wydarzenia historyczne. Zaś niekiedy naprawdę żal było mi głównego bohatera. Cóż, szkoda że tak mało i za mało te sceny wybrzmiały.
Podsumowując, Obywatel to dość przyjemny film, któremu jednak bardzo daleko do bezkompromisowości, śmieszności czy mądrości. Przykro mi, ale od Jerzego Stuhra oczekiwałem o wiele więcej.

Mikołaj Karmalski
Klasa III D
LO Nr I im. St.Staszica w Ostrowcu Św.


Gdzie się podziały tamte komedie?

Któż potrafił na ekranie śmieszyć tak, jak Polacy? Kto, jeśli nie pan Bareja czy Machulski, rozbawiał do łez kinową publiczność? Ta sama publiczność teraz ze smutkiem mówi: było-minęło. W naszym kraju nikt nie umie już kręcić dobrych komedii. Żarty aktorów taśmowo lansowanych przez TVN wołają o pomstę do nieba. Inteligencja? Dobry smak? Nic z tych rzeczy. I nagle z tego szeregu wychodzi nasz dobry przyjaciel - Jerzy Stuhr wraz z synem, Maciejem. Hasło: „Rozśmieszy cię do bólu” na plakacie promującym film Obywatel, to obietnica rozprawienia się ze wszystkimi filmowcami, którzy przyczynili się do krytycznego stanu polskiej komedii - zapowiedź powrotu tego gatunku na nasze ekrany w starym, dobrym stylu.
Jan Bratek - główny bohater, grany przez panów Stuhrów - pojawia się wszędzie tam, gdzie mają miejsce przełomowe momenty w dziejach polskiej historii. Co my tu jeszcze mamy? Antysemityzm, rasizm, walka z komuną z opłakanym skutkiem i wiele, wiele więcej. W porządku, powojenna Polska może być szara, brudna, mdła i trywialna - można z tego zrobić niezłą satyrę. Szkopuł w tym, że Stuhrowi zamknięcie tego jedną klamrą nie wyszło tak, jak powinno...
Miłe złego początki... Pomysł na narrację jest naprawdę dobry. Bratek trafia do szpitala po tym, jak ulega groźnemu wypadkowi, wychodząc z gmachu Telewizji Polskiej. Leżąc w łóżku, z gipsem na całej głowie, majaczy i przypomina sobie sceny ze swego burzliwego życia. Do momentu, w którym widzimy poszkodowanego w tejże sytuacji, Obywatela ogląda się naprawdę dobrze - czeka się na więcej, zastanawiająca jest przeszłość mężczyzny. Niestety, film z każdą kolejną minutą staje się coraz bardziej mdły i irytujący. Stuhrowie pojawiają się na zmianę w kolejnych scenach jako człowiek, który jest dosłownie wszędzie i ciągle staje się uczestnikiem niefortunnych zdarzeń. Przypomina to grę w baseball: reżyser ledwo dotyka każdego z tematów i zabiera się za kolejne, jakby biegł i zaliczał kolejne bazy. To jednak sprawia, że... film jest zwyczajnie płytki. Pan Stuhr stworzył coś ładnie opakowanego, wziął pod lupę ciekawe obszary, ale widz może po seansie zapytać: i po co to?
Miało być „po staremu” i miało być naprawdę śmiesznie. Zaśmiałam się tylko w paru momentach i to nie z przygód Jana Bratka, a z kreacji postaci drugoplanowych: Kazi (Violetta Arlak) i kolegi ze strajku (Piotr Głowacki). A, przepraszam! Najlepszą sceną jest, moim zdaniem, moment, gdy nasz bohater dowiaduje się wkrótce po ślubie, że jego żona jest agentką SB. Młody Stuhr wybucha płaczem: „Mamcia, przyprowadziłem ubeka do domu!”. To zostało odegrane rewelacyjnie! Ale to już wszystko. Wbrew hasłu z plakatu, nic mnie ze śmiechu nie rozbolało. To kolejny powód, dla którego pytanie: „po co to?” jest bardzo trafne.
Kiedy ktoś pyta mnie, który Stuhr wypadł lepiej, to pojawia się problem. Maciej, czyli junior, jest chyba mimo wszystko bardziej przekonujący. W kreacji pana Jerzego denerwująca jest jego apatia. Chociaż koncepcja: „Zamieniamy się, teraz ja zagram!” jest naprawdę ciekawa, to po zobaczeniu jej realizacji, z przykrością stwierdzam, że lepiej byłoby gdyby reżyser postawił przed kamerą tylko swojego syna.
Cóż, Stuhr wziął na siebie w tym projekcie po prostu za wiele. Pomysł wyśmiania powojennej Polski w „zakręcony” sposób, prześlizgnięcia się po całej masie tematów i nakręcenia komedii, za jaką tęsknimy, był tak ambitny, że miał prawo nie wypalić. Pozostaje nam czekać na kolejnych odważnych reżyserów, którzy postawią współczesną, polską komedię na nogi.

Milena Traczyńska
I LO im. St.Staszica
klasa III D


XV OSTROWIECKIE SPOTKANIA FILMOWE

Czyż obfity świat kinematografii podczas Ostrowieckich Spotkań Filmowych nie uraczył nas zbyt dużą ilością dramatów? Osobiście pragnąłem odpoczynku, prostej i zabawnej historii. Można więc powiedzieć, że Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął spadł mi prosto z nieba.
Wpierw przyjrzyjmy się jednak najgłośniejszemu hasłu reklamowemu - jest to szwedzki Forrest Gump. I tak i nie. Jeżeli tak podejdziemy do produkcji - lepiej od razu wyjść z sali. Stulatek ma, rzecz jasna, elementy podobne do dzieła Zemeckisa (postacie historyczne biorące udział w życiu bohatera, czynne uczestnictwo w przełomowych chwilach przeszłości i przede wszystkim charyzmatyczny bohater o niewielkim IQ i olbrzymich pokładach optymizmu) jednakże brnie w stronę zupełnie odmiennego stylu. O ile Forrest Gump stawiał na jak największy realizm i udowodnienie siły optymizmu, o tyle Stulatek... jest swoistym skrzyżowaniem Przekrętu Guya Ritchiego (lekko przygłupi adwersarze, duża doza czarnego humoru) z filmem Głupi i Głupszy Bobby'iego i Petera Farrelly (długa podróż pełna nieoczekiwanych zwrotów). Produkcja bawi się swoją konwencją, stara się zagwarantować widzom, jak najlepszą zabawę poprzez szokowanie brutalnym absurdem. Jest to więc według mnie czarna komedia drogi z elementami slapsticku.
Gra aktorska zadziwia. Przyjrzyjmy się głównemu bohaterowi - granemu przez Roberta Gustafssona - najpierw jego „młodszej wersji” - niewykształcona sierota o wielkim zamiłowaniu do eksplozji. Zauważamy u niego braki zarówno w edukacji, jak i konwenansach społecznych (rozmowa ze Stalinem). Jednakże gra Gustafssona nadaje postaci to, czego według mnie brakowało wspomnianemu Forrestowi - własną osobowość. Nie jest on zwykłą, opóźnioną w rozwoju amebą. W jego oczach dostrzegamy jakby metodę działania. Zauważamy to podczas konwersacji z generałem Franco - nie zdradza mu poglądów zmarłego Estebana, wie ile powinien powiedzieć. Podobnie wyglądała rozmowa z przedstawicielami Rosji - wciąż nie wiem, czy przeczuwał jakie informacje chcą od niego wyciągnąć i celowo ich mylił, czy też jest to objaw jego zacofania umysłowego. Ponadto zyskuje naszą sympatię, ponieważ nikogo nie udaje i dobrze się ze sobą czuje (scena z Harrym Trumanem). Jego starsze oblicze zostało dodatkowo wzbogacone o lekko wyczuwalną demencję (scena w domu starców) oraz doświadczenie życiowe. Obie te cechy widać w jego spojrzeniu, jeśli się przyjrzymy (scena poznania Gunilli). Na wyróżnienie zasługują także młody Benny (David Wiberg) - aktor zagrał tę rolę niezwykle naturalnie, Julius (Iwar Wiklander) - prawdopodobnie najsympatyczniejsza postać oraz Gäddan ( Jens Hultén) - antagonista, który do perfekcji opanował wywoływanie w widzu mieszanki rozbawienia i zastraszenia. Reszta aktorów zagrała przyzwoicie, jednak ich występ nie utkwił mi w pamięci.
W produkcji mamy humor prawdopodobnie każdego rodzaju. Począwszy od żartów słownych, sytuacyjnych, czarnych i absurdalnych po gagi, tani slapstick i przerysowane postacie - czyli parodię. Z reguły są na przyzwoitym poziomie za wyjątkiem sceny postrzału słonia i tegoż czynu konsekwencji. Jeżeli jednak oddamy się prawom tej konwencji scena ta nas za bardzo nie zrazi, a reszta niespodzianek rozbawi do łez.
Podsumowując - uważam, że Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, to idealny lekki film na przyjemne popołudnie. Nie jest to arcydzieło komediowe, jednak przekazuje pewne wartości i jest cudowną mieszanką wielu stylów, które kojarzymy tylko z wybranymi filmami. Jeśli nie mamy wygórowanych oczekiwań - być może będzie to dla nas najzabawniejszy film obecnego roku.

Mikołaj Karmalski
I LO im. St. Staszica
Klasa III D


Przeciw polskim stereotypom,
czyli historia stulatka realizującego swoje marzenia.

W ramach Ostrowieckich Spotkań Filmowych miałam okazję obejrzeć film szkocko-chorwackiej produkcji reżysera Felisa Herngrena na podstawie książki Jonasa Jonassona pt. ,,Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Jest to film przygodowy z dużą dozą humoru. Niekiedy czarnego, ale jednak. Pierwsze sceny zaczynają się niepozornie. Staruszek przebywa w domu opieki. Całymi dniami siedzi sam w pokoju w wygodnym fotelu, na nogach ma podpisane swoim imieniem równie jak fotel wygodne kapcie.
W tym miejscu rodzi się pytanie, czy każdy starszy człowiek marzy o takim sposobie spędzania reszty swojego życia. Sądząc po zamiarach tytułowego stulatka, odpowiedź może być tylko jedna. Oczywiście, że nie! Dlatego główny bohater – Allan Karlsson postanawia to zmienić i w dniu swoich setnych urodzin ucieka przez okno. Nie ma dokładnie wytyczonego celu, po prostu podąża za tym, co los mu zgotuje. Marzenia ma przecież każdy i bez względu na wiek chce je urzeczywistniać, przeżywać przygody, bo nie warto żyć stereotypami. Film, który obejrzałam, je przełamuje.
Akcja filmu rozgrywa się współcześnie, lecz jest przeplatana wydarzeniami z młodości Allana, które nawiązują do ważnych historycznych postaci. Zdziwiłam się, widząc na ekranie generała Franco, Stalina, Trumana. Allan Karlsson miał, jak łatwo zauważyć, dość ciekawą przeszłość. Ci wszyscy „ważni świata” to byli jego znajomi. W tej ekranizacji zostali przedstawieni w sposób sarkastyczny, a nawet ośmieszający.
Podczas ucieczki Allan po drodze natrafia na motocyklistę, któremu kradnie walizkę z pieniędzmi. Następnie spotyka samotnego mężczyznę, mającego, jak Allan, spędzić resztę życia w domu spokojnej starości, młodego chłopaka, który próbował studiować wiele kierunków, ale w ostatniej chwili rezygnował oraz kobietę ze słoniem. Salwy śmiechu wywołują nieporadne działania grupy nieudaczników. To zawsze przyciąga masową widownię. Bohaterowie są ścigani przez gang motocyklistów, próbujących odebrać im pieniądze. Postacie w trakcie swych poczynań przyczyniają się do śmierci przestępcy zamrożonego w chłodni, gangstera zgniecionego przez słonia… Są to składniki czarnej komedii.
Myślę, że obsada jest trafna, aktorzy są dobrze ucharakteryzowani i znakomicie odegrali swoje role. Z pewnością każdy zapamiętał zabawny wyraz twarzy staruszka. Uwagę widza niewątpliwie zwraca świetnie skomponowana ścieżka dźwiękowa autorstwa Matti Bye.
Po obejrzeniu zwiastuna ,,Stulatka …”, w którym uchwycono najciekawsze sceny produkcji, byłam zachwycona. Natomiast po samym filmie spodziewałam się czegoś więcej. Oczekiwałam większego i bardziej interesującego rozwinięcia. Niepodważalnymi zaletami tego filmu są zaskakujące przygody starca, spontaniczne podróże, humorystyczne elementy, trafność obsady, pasująca muzyka. Odbiorcy filmu będą zaciekawieni efektami specjalnymi, gdyż pasją głównego bohatera było szeroko pojęte „wysadzanie”, czyli mniej lub bardziej poważne eksperymenty z materiałami wybuchowymi. Dlatego mimo wszystko polecam go obejrzeć.
Sama treść średnio mnie zaciekawiła, jednak doskonale rozumiem przesłanie obejrzanego filmu. Występuje on przeciw stereotypom, które „wciskają” staruszków wygodny fotel i kapcie z napisem „Allan”.

Patrycja Wójcik
I klasa Niepublicznego Gimnazjum
im. St.Konarskiego w Ostrowcu Św.


Film o stulatku, czyli każdemu wolno marzyć.

Ostatnio podczas Jesiennych Spotkań Filmowych w ostrowieckim kinie Etiuda obejrzałam film pt: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął. Tę komedię wyreżyserował Felix Herngren. Film wyprodukowano w Szwecji w roku 2013r. Fabuła filmu powstała na bazie bestsellerowej książki Jonasa Jonssona o takim samym tytule. Wspaniałą muzykę skomponował Matti Bye.
Komedia pokazuje historię staruszka Allana Karlsona, który spędza swoje ostatnie chwile w domu spokojnej starości. W dniu setnych urodzin postanawia zrezygnować z urodzinowego przyjęcia z tortem, chce coś zmienić w swoim życiu i ucieka, aby przeżyć jeszcze wspaniałe przygody. Poznaje trójkę innych bohaterów i razem przemierzają świat pełen nowych dla nich wrażeń. Podczas swojej podróży główny bohater przypomina sobie wydarzenia z czasów dzieciństwa, młodości, kiedy to poznał wiele znane postaci historycznych, np. gen. Franco, Stalina czy prezydenta USA. Te perypetie bohatera dają możliwość pokazania świetnej roli aktora grającego głównego bohatera. Aktor ten potrafi przekazać nam, widzom, moc przeżyć, jakich może doświadczyć staruszek i jakie jest to dla niego ważne, że jeszcze w wieku 100 lat nagle jego życie nabiera barw. Film w sposób bardzo zabawny daje wyraźny przekaz widzowi, a mianowicie, że w każdym wieku mamy prawo do przygód. Obala on tym samym polskie stereotypy, które "wciskają staruszków w kapcie i wygodny fotel".
Komedia skierowana jest do bardzo szerokiego kręgu odbiorców, od uczniów gimnazjum do równolatków głównego bohatera. Młodszym widzom podoba się głównie ze względu na komiczne sytuacje i niezwykłe przygody. Starszy widz wyjdzie z kina z przekonaniem, że prawo do marzeń i ich realizacji mamy bez względu na wiek. Polecam ten film wszystkim, którym się wydaje, że już osiągnęli wszystko i nic w ich życiu się nie wydarzy ciekawego. Czarna komedia Felixa Herngrenta pomimo dramatycznych zdarzeń, wzbudza w nas nadzieje, że nigdy nie jest za późno, aby żyć pełnią życia.

Lena Czerwonka
I klasa Niepublicznego Gimnazjum
im. St.Konarskiego w Ostrowcu Św.


Miłość i śmierć w pigułce.
Moje spotkanie z filmem” Zostań, jeśli kochasz”

Film ,,Zostań, jeśli kochasz’’ (tytuł oryginalny - ,,If I stay”) obejrzałem podczas Jesiennych Spotkań Filmowych, które odbywały się w październiku 2014 roku w ostrowieckim kinie Etiuda. Scenariusz filmu został napisany na podstawie bestsellerowej książki - „Jeśli zostanę” (If I stay), autorstwa Gayle Forman, a wyreżyserowany przez R.J Cutler. Film ten z pewnością zainteresuje wszystkich miłośników melodramatu. Główni bohaterowie ekranizacji „Zostań, jeśli kochasz” to: Mia Hall (grana przez aktorkę Chloë Grace Moretz) oraz Adam Wilde (Jamie Blackley ).
Mia Hall (Chloë Grace Moretz) to bardzo utalentowana, choć dość nie-śmiała dziewczyna, która stoi przed życiowym wyborem - czy wyprowadzić się z domu i spełniać swoje marzenia, ale jednocześnie rozstać się ze swą miłością, czy dla miłości zapomnieć o swoich pragnieniach dotyczących swojej przyszłej kariery muzycznej. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia.
Akcja filmu rozgrywa się głównie w USA, gdzie dochodzi do bardzo po-ważnego wypadku samochodowego, w którym rodzice i brat Mii giną, a ona ponosi poważne obrażenia. Stoi na granicy życia i śmierci. Będąc w śpiączce, ma możliwość obserwowania losów – swoich i swojej rodziny. Dzięki tragicznym przeżyciom przypomina sobie wszystkie dobre chwile, które spędziła ze swoją rodziną. Myśli o swoim życiu i zastanawia się, co jest w nim dla niej najważniejsze. W tym samym czasie pokazywana jest też opieka, którą otacza ją jej chłopak Adam oraz lekarze. Dziewczyna wybudza się ze śpiączki po pocałunku ukochanego. Ich życie na zawsze się zmienia. Melodramat łączy bowiem opowieść o trudnych sprawach takich jak śmierć oraz o niekończącej się miłości, która może nawet uzdrowić człowieka.
Film skierowany jest do bardzo szerokiej widowni, ale głównie do nastolatków. Moim zdaniem gra aktorska głównych bohaterów była bardzo dobra, a nawet znakomita. Głównie po wypadku było bardzo dużo nietypowych zwrotów akcji. Tło muzyczne oceniam za trafne – odpowiednio dostosowane do danej sytuacji, choć, moim zdaniem momentami było za mało ścieżki dźwiękowej, która podkreślałaby akcję filmu. Najbardziej podobało mi się to, co działo się zaraz przed i po wypadku. Moment zderzenia dwóch samochodów oraz akcja ratunkowa były bardzo emocjonujące. Interesująca scena to również ta , kiedy Mia „chodziła” po szpitalu i obserwowała wszystko dookoła. Polecam ten film, bo opowiada on o miłości, ale w zupełnie inny - niebanalny sposób. Uczy, że uczucie powinno przetrwać wszystko.

Jakub Cielecki
I klasa Niepublicznego Gimnazjum
im. St.Konarskiego w Ostrowcu Św.


„MIASTO 44”

W ostatnich latach zapewne każdy, kto bacznie śledzi „życie” polskiego kina zaobserwował, że dosyć modnym tematem filmowych produkcji jest motyw historii Polski. I chociaż o „Sierpniowym niebie” i „Kamieniach na szaniec” było w mediach dosyć głośno, to o „Mieście 44” dowiedziałam się przypadkowo. Mając wgląd w dwa powyżej wymienione filmy, pokusiłam się o obejrzenie najnowszej „perełki”, gdyż nurtowało mnie pytanie: Co jeszcze mogłabym zobaczyć w „Mieście 44”, czego dotychczas nie pokazali reżyserzy w poprzednich produkcjach.

Stefan (Józef Pawłowski), młody mężczyzna, któremu dane jest wieść z rodziną spokojne (jak na czasy okupacji) życie, zostaje brutalnie wyrwany z codziennej rzeczywistości i poddany próbie. W chwili podjęcia kluczowej decyzji o rozpoczęciu powstania, postanawia złożyć przysięgę swojej ojczyźnie i poświęcić się w walce dla dobra ogółu.

Wydawać by się mogło, ze początek fabuły nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego. Mężczyzna, w obliczu zagrożenia, pozostawia dom rodzinny i wyrusza „na wroga” bez odpowiedniego przygotowania i sprzętu. Banalne – pomyślałam – ale po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że takie przecież były realia tamtych wydarzeń. Historie tysięcy młodych chłopców w dniu powstania nie różniły się od siebie zasadniczo niczym. Jan Komasa, reżyser „Miasta 44” rzetelnie i cierpliwie zbierał materiały źródłowe na temat powstania, co doskonale widać w jego nowym „dziecku”. Zdecydował się on na ukazanie realiów, ale nie odmówił nam pewnych smaczków, które z pewnością wywołały wiele kontrowersji i sprzecznych uczuć. Mowa tutaj oczywiście m.in. o scenie pocałunku Stefana z dziewczyną, która pomimo wojennej zawieruchy, nie pozostała mu obojętna. Oczywiście trzeba się zgodzić, że pocałunek ze świszczącymi kulami w tle jest,delikatnie mówiąc, niedorzeczny, a wręcz śmieszny i groteskowy. Wywołuje pewne zdezorientowanie i degraduje klimat. Należy jednak wziąć pod uwagę fakt, że w ten sposób Komasa chciał zwrócić uwagę na symbolikę miłości w „czasie apokalipsy”. Kiedy śmierć zagląda człowiekowi w oczy każdego dnia, a strach jest wszechobecny w każdej myśli, (nie)zwykłe uczucia, takie jak miłość i fascynacja drugim człowiekiem wydają się być czymś nadzwyczajnym, posiadającym ogromną moc ochrony przed zniszczeniem i śmiercią. Reżyser pokusił się o kilka scen tego typu, a marzenia i pragnienia ogarniętych trwogą ludzi przedstawił w zwolnionym tempie, w sposób fantastyczny. Podobnie jest ze sceną „deszczu krwi”, który wydaje się mieć niewiele wspólnego z twardymi realiami, jednak może stanowić metaforę i obraz wojny w oczach powstańców, najzwyczajniej w świecie wyolbrzymiony przez strach. I chociaż nie każdemu spodobała się taka koncepcja, trzeba przyznać, że pomysł okazał się nowatorski i nietuzinkowy.

Komasa przeszedł sam siebie w przedstawieniu obłędu, jakiego doznawali ludzie zmuszeni do ucieczki kanałami. Miażdżące ściany, oczy Stefana, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu i echo nieidentyfikowanych szeptów i krzyków dały zniewalający efekt. Pochwały należą się także za inspiracje grami wideo – śledzimy akcję z perspektywy strzelającego – widzimy przed sobą broń, z której co chwila jesteśmy „zmuszeni” strzelić w obronie własnego życia. Sceny te zrealizowane zostały bardzo realistycznie, dzięki czemu widz mógł w pełni przeżywać wydarzenia razem z bohaterami. Wpłynęło to również na emocje, które takim zabiegiem z pewnością zostały spotęgowane, a my zostaliśmy wprowadzeni w powstanie w jeszcze bardziej intymny sposób.

Jednakże pewne sceny odbiegają od rzeczywistości, a po których w głowie pojawia się myśl „ale jak to możliwe?!”. Kama, w którą wystrzeliło działo czołgu, nie miała prawa przeżyć, nie wspominając już o zachowaniu świadomości i rozmowie ze Stefanem.

Wymownie podkreślona została brutalność i zezwierzęcenie wrogich armii. Żołnierz z lalką, której główka wystaje z munduru mężczyzny, jeszcze bardziej wpływa na emocje odbiorcy i uświadamia, jak bardzo Niemcy i Rosjanie byli pozbawieni skrupułów i sumienia, nawet w mordowaniu niewinnych dzieci.

Szczególne brawa należą się nowej wschodzącej gwieździe – Zofii Wichłacz (Alicja, „Biedronka”). Młoda aktorka, która nie tylko cieszy oko niezwykłą urodą, ale również bardzo dobrą grą aktorską – lekką i naturalną, sprawiającą, że zdobywa sympatię widza od pierwszej sceny. Zatem przyznanie jej nagrody „Złote Lwy” jest jak najbardziej słuszne, tym bardziej, że poświęciła rok swojej edukacji na rzecz ów produkcji.

Józef Pawłowski (Stefan) również zasługuje na pochwałę, gdyż świetnie przedstawił postać młodego mężczyzny, który gubi się w świecie we mgle wojny, którego decyzje są podszyte niepewnością, a postępowanie zupełnie przekracza granice zdrowego rozsądku.

Nadszedł czas na zwrócenie uwagi na postać Jasia (Filip Szczepkowski), młodszego braciszka Stefana, który swoją słodyczą i nieskazitelną dziecięcą niewinnością i ufnością, zdobywa moje serce od początku. Być może dlatego scena egzekucji wydaje się tak rozdzierająca, druzgocąca, a przy tym prawdziwa. Mały Filipek jest jak nieoszlifowany klejnot, którego w przyszłości z pewnością na ekranach kin zobaczymy jeszcze nie raz.

Komasa postarał się przedstawić w pigułce całe powstanie: Starówkę, woleńską rzeź, szpitalny mord na cywilach, itp. I choć wydaje się zmieszczenie kilkudziesięciu dni w ciągu dwóch godzin, to fakty nie zacierają się, nie nachodzą na siebie bezładnie – widz ma klarownie przedstawiony bieg wydarzeń.

„Miasto 44” to z pewnością film ociekający brutalnością. Dobitnie podkreśla, jaką tragedią dla ludzkości jest wojna i jak ogromne ofiary ponoszą ci, których ona dotyka. Zerwane zostaje tabu śmierci, okropnego mordu (np. scena stosu setek ciał i wisielców w budynku stojącym w płomieniach) i ludzi obdartych z człowieczeństwa. Film uświadamia, gra na emocjach i chwyta za serce. Strona techniczna zachwyca formą, a dosyć niesprecyzowana fabuła pozwala dostrzec nie tylko głównych bohaterów, ale i całą zbiorowość walczących.

Uważam, że każdy film obrazujący wydarzenia tamtych dni pozwala je poznać z różnych perspektyw, ale jak dotąd żaden nie miał władzy wpływania na mentalność widza w tak intensywny sposób, jak „Miasto 44”.

Magdalena Wielgus
I LO im. St.Staszica
kl. III D


Allena nigdy za wiele - recenzja filmu "Magia w blasku księżyca"

Na filmy Woody`ego Allena zawsze chodzę do kina z entuzjazmem. A przecież wiem, czego mogę się po nim spodziewać: humoru, ładnych zakątków Europy, świetnej obsady i miłości. To już swoisty schemat. Nie lubię schematów. A jednak ten reżyser wyłamuje się z mojej reguły - nie oczekuję, że kolejnym razem pokaże mi coś zupełnie innego. Właściwie nie oczekuję niczego. Wchodzę na salę ze stuprocentową pewnością, że za chwilę będę zachwycać się i śmiać. Na Magii w blasku księżyca również się nie zawiodłam...
Wei Ling Soo - genialny, chiński iluzjonista. Poza sceną... cyniczny i arogancki Anglik, Stanley Crawford (Colin Firth). Ma on za zadanie zdemaskować oszustwa Sophie (Emma Stone), kobiety rzekomo będącej medium. Okazuje się jednak, że zgorzkniały entuzjasta teorii Freuda i Nietzschego sam wpada w sidła uroku spirytystki. Osadźmy to w latach 20. wśród malowniczych widoków Lazurowego Wybrzeża, usta bohaterów (szczególnie Stanleya) wypełnijmy typową dla Allena ironią i 97 minut relaksu w kinowym fotelu zapewnione.
Obsada, jak zawsze, trafiona w dziesiątkę! Colin Firth w roli nonszalanckiego Anglika, który nie uwierzy w nic, dopóki tego nie dotknie, a u jego boku zagadkowa Emma Stone, o nienagannym wyglądzie i przenikliwym spojrzeniu - nic dodać, nic ująć. Filmową "chemię" czuć z daleka. Przyjemnie patrzy się też na ciocię Vanessę (Eileen Atkins) i wyśpiewującego serenady narzeczonego Sophie, Brice`a (Hamish Linklater).
Podoba mi się też to, że reżyser po raz kolejny wybrał wspaniałe miejsce akcji. Podczas gdy jego koledzy po fachu zawiązują intrygi w centrach wielkich miast, Allen podróżuje sobie po Europie, wybiera klimatyczne zakątki naszego kontynentu i oddaje ich ducha poprzez tworzenie takich, a nie innych postaci. Podobnie jak w "O północy w Paryżu" (2011), w "Magii w blasku księżyca" "wujek Woody" stawia na stylizację retro, co trochę kojarzy się z kinem międzywojennym. Wszystko pięknie do siebie pasuje.
Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to - przykro mi mówić, bo to "konik" reżysera - dialogi. Owszem, Stanley jest ironiczny, dowcipy są wyszukane, ale czasami rozmowy bohaterów brzmią dla mnie jak kwestie z jakiegoś niskolotnego, szkolnego przedstawienia. Podobnego odczucia nie miałam w przypadku wcześniejszych produkcji.
A teraz pytanie: po co w ogóle taki film? Jakby nie patrzeć, o wszystkie tematy ociera się nader subtelnie i bez głębszych refleksji. Pomimo wspomnianej wcześniej "chemii" jakoś bardzo romantycznie nie jest. Żarciki nihilistycznego Brytyjczyka podniosą nam kąciki ust, ale nie sprawią, że wybuchniemy niepohamowanym śmiechem. Spirytyzm to też bardziej tło dla historii niż jej przewodni motyw.
Tym, którzy z każdej opowieści muszą od razu wyhaczyć morał, odpowiada Stanley: "złudzenia są nam niezbędne do życia, a kłamstwa konieczne do bycia szczęśliwym". Czy to gorzka refleksja mająca nas przybić? Być może, ale nie w wykonaniu Allena. Nie bez powodu mówi się, że nikt nie umie smucić się tak pięknie jak on. Wrzucenie do jednego garnka melancholii oraz nadziei i rozkochanie w sobie tym milionów widzów, to prawdziwa sztuka!
A druga interpretacja pytania i druga odpowiedź? Allen nie musi tworzyć filmów w konkretnym celu. Wyciskanie z widzów łez, skłanianie ich ku określonym tematom czy jakiekolwiek edukowanie - to nie jego działka. On, w wieku 78 lat i z 44 pełnometrażowymi produkcjami na koncie nie ma już nic nowego do roboty. Jak napisałam na początku, mogę przychodzić do kina raz w roku na oparte o jeden schemat historie, i to z największą przyjemnością. Choćby po to, żeby przypomnieć sobie, że wśród współczesnych filmowców, którzy co rusz, podejmują często nieudolne próby kompletnego przygnębiania albo rozśmieszania do łez, jest pewien starszy pan, który robi i jedno, i drugie po mistrzowsku.

Milena Traczyńska
I LO im. St. Staszica
Klasa III D


"KAPITAN AMERYKA: ZIMOWY ŻOŁNIERZ"

Jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć najnowszą produkcję Marvel Studios – kontynuację kultowego „Kapitana Ameryki”.
Tym razem w swej adaptacji (a może jedynie wykorzystując pewien motyw komiksu?) reżyser proponuje nam swą wizję konfliktu między dobrze nam znanym Stevem Rogersem a Buckym Barnesem, tytułowym Zimowym Żołnierzem.
Na początku trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy rzeczywiście jest to adaptacja, jak twierdzi sam reżyser? Już tutaj pojawiają się pewne wątpliwości. W filmie aż roi się od nieścisłości, uchybień w realizacji komiksowych realiów, czy po prostu całkowicie zbędnych wątków. Niemniej jednak dla osoby która nie czytała wcześniej komiksu film jest bardzo przyjemny w odbiorze. Dla tych bardziej obytych z Marvel Universe jedyną przeszkodą jest to, że film ma bardzo niewiele wspólnego z komiksem.
Ze strony technicznej nie mam mu nic do zarzucenia, a jeśli nawet, to bardzo niewiele. Efekty specjalnie, choć niezbyt spektakularne, to jednak idealnie wpasowują się w klimat filmu i nie wyglądają na „przerysowane” czy naciągane. To spory plus, bo coraz trudniej trafić na film w którym eksplozje, pościgi czy wypadki wyglądają choćby w miarę naturalnie.
Jednak to nie koniec wrażeń. Oceniając obsadę czuję bolesne ukłucie żalu w sercu. Obok wspaniałej kreacji Czarnej Wdowy (Scarlett Johansson) pojawiają się Samuel L. Jackson jako Nick Fury (jak zwykle bezkonkurencyjny) oraz Chris Evans. Ten ostatni to ogromny zawód. Zawsze bardzo ceniłam jego zdolności aktorskie, już w „Fantastycznej Czwórce” zaskarbił sobie moją sympatię, a powalił mnie na kolana grając tytułową rolę w pierwszej części losów Kapitana Ameryki. Niestety, najwidoczniej woda sodowa zaczyna uderzać mu do głowy, bo poza krążącymi na jego temat nieprzychylnymi plotkami wyraźnie widzimy, z jak wielką nonszalancją odgrywa rolę Steve’a Rogersa. Nie wiem jak oceniają to inni widzowie, ale mi całkowicie zepsuło to odbiór. Po prostu widać, że Chris robi wszystko od niechcenia i że jest tym bardzo znudzony. Wielka szkoda, bo dopóki nie zaczął zachowywać się jak rozpieszczona mała księżniczka był idealnym aktorem do tej właśnie roli.
Kolejny zawód spotkał mnie kiedy tylko ujrzałam na ekranie Sebastiana Stana. Prawdę mówiąc niewiele wiem na jego temat, jednak jego powierzchowność zupełnie nie pasowała do mojej wizji komiksowego Zimowego Żołnierza. Jego gra aktorska była bez zarzutu, myślę, że to nawet jedna z lepszych ról w tym filmie, jednak wszystko psuje to, że specjaliści od charakteryzacji nie włożyli zbyt wiele serca w przygotowanie go do tej kreacji.
Podsumowując: prawdopodobnie mam nieco zbyt wygórowane wymagania, jednak sądzę, że jest to jedna ze słabszych produkcji Marvel Studios (chyba nawet słabsza od całkowicie bezsensownej kontynuacji Thora…). Niemniej jednak film jest łatwy w odbiorze, można go oglądać niezależnie od innych produkcji z nim powiązanych i mimo wszystko łączy w sobie wielu niezwykle utalentowanych ludzi. Jeśli miałabym go ocenić w skali od jednego do dziesięciu, dałabym mu mocne sześć. Mimo wielu słów krytyki które wypowiedziałam, zdaję sobie przecież sprawę, że nie jest to najgorszy film świata, choć przyznać muszę, że także nienajlepszy. Być może moja niepochlebna ocena wynika także z tego, że bardzo wiele od niego oczekiwałam. Ale tak to już jest kiedy producent nie spieszy się z realizacją wyczekiwanej przez miliony ludzi produkcji.
Mam nadzieję, że kolejne dzieło Marvel Studios – najnowsza część sagi X-Men będzie lepsza od „Kapitana” i nieco zrekompensuje mi mój zawód.

Anna Malinowska


KAMIENIE NA SZANIEC – recenzja.

Robert Gliński, reżyser „Świnek” i „Śladów” przelewa na ekrany kin historię Szarych Szeregów na podstawie lektury szkolnej „Kamienie na szaniec”.
Biorąc do ręki książkę, poznajemy kilku głównych bohaterów: Rudego, Zośkę i Alka. Czytamy o licznych akcjach małego sabotażu, łapankach ulicznych, publicznych egzekucjach, torturach dokonywanych na Polakach, itd. Aleksander Kamiński, autor tejże literatury faktu opisuje powyższe zdarzenia w sposób pobieżny - trudno wyobrazić sobie cierpienia, jakich doznawali okupowani.
Film „Kamienie na szaniec” to istna gra uczuć, braterstwa, ironii losu i głębokiej, bezwzględnej brutalności.
Reżyser rezygnuje z jednej z głównych postaci książki – Alka, który wypowiada zaledwie dwie kwestie, i uwypukla dwóch pozostałych bohaterów. Są to maturzyści, młodzi ludzie, zakochani w ojczyźnie harcerze, którzy wychowani w duchu patriotyzmu przeciwstawiają się Niemcom, pisząc na murach ścian kamienic hasła, motywujące do walki o niepodległy kraj. Wieszają kukły żołnierzy „szwabskich” na lampach, eksponują w miejscach publicznych polskie flagi. Pełnym ambicji chłopcom nie wystarczają już małe sabotaże. Marzą o czynnej walce dla Matki-Ojczyzny z bronią w ręku. Chcą ginąć bohatersko, składać w ofierze życie dla wyższych celów. Dla przyszłości pozbawionej wizji śmierci.
Między nami – obecnym młodym pokoleniem, a nimi – synami Walczącej Polski ciężko dostrzec różnice. Wbrew pozorom ich życia także wypełniały plany na przyszłość, towarzyszyły im lęki, radości, miłość, namiętność, niepewność, chęć odkrywania świata i poznawania samych siebie.
Wszystko komplikuje się, gdy do niewoli trafia jeden z głównych bohaterów – Rudy, który w „Kamieniach” zasługuje bez wątpienia na największą uwagę. Tomasz Ziętek, który wcielił się w rolę Jana Bytnara zadziwia nietuzinkową grą aktorską. Oglądając go, dokładnie widać swobodę i lekkość odgrywania roli (co nie oznacza, że można zarzucić mu brak ciężkiej pracy nad utożsamieniem się z postacią). Aktor wyśmienicie oddał charakter Rudego, jego pozytywne nastawienie do ponurej rzeczywistości, przyjazny stosunek do kolegów harcerzy, niezłomność i hart ducha.
Gliwiński z Ziętkiem stworzyli niesamowitą atmosferę katowania Rudego przez niemieckich oficerów. Warto zwrócić uwagę na mistrzowską charakteryzację zmasakrowanego ciała chłopca, które przywodzi na myśl cierpiącego na krzyżu Chrystusa. Zarówno On, jak i Rudy cierpieli w milczeniu, dla ludzi i ich „wybawienia”.
Sceny przesłuchiwań zostały wykonane w ciekawy sposób, ponieważ dało się czuć narastające napięcie. Począwszy od jeszcze spokojnej atmosfery podczas zadawania pytań Rudemu, po rozpoczęcie zadawania bólu, pierwszej rany, podpalaniu krwawiącej twarzy papierosem oraz najbardziej przeszywający moment polewania chłopca wrzątkiem salonowym czajnikiem.
Reżyser pozwolił sobie na uwolnienie rzeczywistych faktów dotyczących poniewierania Polakami przez Niemców. Przelał na ekran ogrom brutalności. Na własne oczy możemy przekonać się, jak naprawdę wyglądały przesłuchiwania. Prawda okazuje się wstrząsająca i trudna do zaakceptowania. Tomasz Ziętek mistrzowsko ukazał postawę Jana Bytnara, jego niezłomność, potrzebę ochrony rodziny i przyjaciół z Szarych Szeregów. Nie daje wyprowadzić się z równowagi, kurczowo trzyma się życia, walczy o wolność osobistą (scena, gdy niemiłosiernie zbity i krwawiący czołga się na oczach swoich katów ku wyjściu), w sposób honorowy daje świadectwo wiary, nadziei w wolną Polskę. Ziętek wzrusza i powoduje u widza poczucie dumy z tego, że możemy nazywać się Polakami. Po prostu.
Kolejnym głównym bohaterem jest Tadeusz „Zośka” Zawadzki, przyjaciel Rudego, członek Szarych Szeregów. To on organizuje plan uratowania Bytnara z więzienia na ul. Szucha.
Marcel Sabat, odtwórca roli Zośki kreuje go na mężnego, młodego człowieka, lecz o twardym charakterze. Wydawać by się mogło, ze jest zimnym profesjonalistą, w pełni odpowiedzialnym za losy kompanów. W tej chęci dowodzenia uwidacznia się jedna z jego wad – egoizm. W dziele odkupienia Polski odnajduje się w roli jednego z dowódców. Jego postać wydaje się być lekko naznaczona cechami Konrada z III cz. „Dziadów” Adama Mickiewicza – kimś kreującym się na jednostkę wybitną i wyjątkową. Nie zważa na konsekwencje swoich decyzji. Zachowuje ogromny dystans do swojej dziewczyny, Hali Glińskiej (Sandra Staniszewska), po śmierci przyjaciela wpada w żałobny letarg, chce posunąć się do samobójstwa. W końcu ginie podczas innej akcji dywersyjnej z ręki niedoświadczonego chłopca – scena ukazana jest w taki sposób, iż widz odnosi wrażenie, że Zośka pozwala na to, by padł strzał w jego kierunku.
Jest on na pewno postacią ciekawą, intrygującą, która pozostawia wiele wątpliwości i niedomówień, lecz oddanie przyjacielowi, braterstwo i honor zasługują na szacunek.
Marcel Sabat przedstawił własną interpretację charakteru Zośki, odbiegającą znacznie od postaci z książki Kamińskiego. Jednak nie można zarzucić mu, że film na tym nie skorzystał. Dzięki temu bohaterowie nie zostali wykreowani na idealne, pozbawione skaz porcelanowe lalki.
Dziwne jest jednak to, że śmierć Rudego jest dokładnie podkreślona, uwidoczniona i i przez pół projekcji po prostu się na nią z przykrością czeka... A Zośka ginie od tak, w jednej chwili, od głupiego, zdaje się – (paradoksalnie) samobójczego strzału. Ostatnia scena powoduje marszczenie brwi i jedno pytanie: „Już...?”
Skupiając się na całości filmu nie sposób zauważyć pewnych historycznych błędów i nieścisłości. Zośka z dziewczyną nie mogli bezkarnie jechać samochodem główną ulicą za furgonetką niemiecką , a bezwiedne przejeżdżanie esesmana na rowerze obok płonącego pojazdu podczas odbijania Rudego z rąk nieprzyjaciela była po prostu śmieszna i wprowadzała poczucie nieprzyjemniej dezorientacji.
Bez namysłu można stwierdzić, że obok doskonałej gry aktorskiej Ziętka uwagę przyciągał idealnie dobrany soundtrack stworzony przez Łukasza Targosza. Muzyka odpowiednio dawkowała napięcie, nie opóźniała scen ani ich nie wyprzedzała.
By strach, sceny przesłuchiwań i niepokój w Szarych Szeregach nie były zbyt przygnębiające i męczące, reżyser pokusił się na komediowe wstawki. Mowa tutaj o motywie przysięgi w lesie, na którą natknęli się niemieccy okupanci, wracający z grzybobrania oraz dowcipach o czarnej bieliźnie Niemek. Napięcie w filmie było tak mocno zbudowane, że te proste wstawki humorystyczne powodowały uśmiech na twarzy. Zabieg ten uratował całość filmu, ponieważ sceny z Pawiaka stawały się nieznośne, dłużyły się i powodowały niesmak.
Na pochwałę zasługuje operator Paweł Edelman, charakterystyczna korekcja barw obrazu oraz szybkie ujęcia, które komponowały dynamikę, ale cały efekt psuły nie do końca wiarygodne sceny konfrontacji.
Film „Kamienie na szaniec” może nie odzwierciedla dokładnie tego, co chciał przekazać Kamiński w swojej powieści, lecz dobitnie zwraca uwagę na tło wydarzeń: publiczne rozstrzeliwania, niezłomność jednostek i całych mas społeczeństwa, atmosferę solidarności, która owszem, nosiła znamiona niedoskonałości i błędów, ale jednak istniała i powodowała chęć dawania świadectwa o tłamszonej jedności narodowej. Jeśli chcemy zapoznać się z rzeczywistymi zdarzeniami i ideologią młodych bohaterów, należy sięgnąć jednak do książki, ponieważ w adaptacji mamy tego zaledwie okruszki. Film dobrze oddaje wizję rzeczywistości zanurzonej w okupacji, terror na okupowanych oraz bezwzględność i brak człowieczeństwa esesmanów.

Magdalena Wielgus
kl.II D LO nr I im. St.Staszica
w Ostrowcu Św.


"KAMIENIE RZUCANE NA EKRAN"

Kiedy dowiedziałam się, że w kinach pojawi się film zrealizowany na podstawie jednej z moich ulubionych lektur z gimnazjum, miałam złe przeczucia. Spartaczenie kinowego odbicia tak świetnego dzieła, jakim jest powieść „Kamienie na szaniec”, dla mnie osobiście byłoby niewybaczalne. Na szczęście moje obawy się nie potwierdziły…
Już po pierwszych dziesięciu minutach nie mogłam przestać zachwycać się ujęciami. Dynamika obrazu, kiedy nasi bohaterowie uciekają przed rozwścieczonymi Niemcami, jest świetna! Ciekawym pomysłem było też na przykład „spojrzenie” na oprawców oczami katowanego Rudego. Zresztą, do samego końca najbardziej podobały mi się właśnie ujęcia.
Nie mniejsze gratulacje należą się panu Glińskiemu za dobór aktorów. Rudy (Tomasz Ziętek) samą aparycją oraz głosem budzi sympatię i sprawia wrażenie chłopaka wesołego i pełnego energii. Wyraźnie kontrastuje z Zośką (Marcel Sabat) – poważnym, odpowiedzialnym, dojrzałym, rozsądnym. Dobrze wypada też Magdalena Koleśnik w roli dziewczyny Rudego. Jej rozpacz po stracie ukochanego wygląda tak autentycznie, że trudno powstrzymać łzy. Zadbano też o wyśmienity drugi plan obsady – pojawia się np. Artur Żmijewski.
Coś, co niewątpliwie jest w „Kamieniach na szaniec” istną bombą emocjonalną, to sceny katowania Rudego. Osoby wrażliwe na widok krwi z pewnością zamkną oczy i zadrżą z przerażenia… Porównałam sobie owe ujęcia do tego samego wątku pokazanego w „Akcji pod Arsenałem” – filmie z 1978 r. Muszę przyznać, że ta produkcja nie wyraża nawet połowy emocji, które mamy w najnowszym dziele Glińskiego.
Jest jedna dosyć drażliwa kwestia. Maciej Aleksy Dawidowski, „Alek”. Kiedy zostaniemy zapytani o bohaterów książki Kamińskiego, oprócz Rudego i Zośki wymienimy właśnie jego. Wszelkie zapowiedzi filmu oraz same plakaty nie sugerowały, że ów bohater zostanie praktycznie całkiem wykluczony z akcji. Na pierwszy plan wyciągnięto przyjaźń Tadeusza Zawadzkiego i Jana Bytnara. Gdyby do kina wybrał się ktoś, kto nigdy nie słyszał o bohaterach powieści, to nie przyszłoby mu do głowy, że może być miejsce dla trzeciego przyjaciela. Z tego też powodu produkcję zalała fala krytyki … Cóż, należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie są kinowe „Kamienie na szaniec” – ekranizacją czy własną interpretacją Roberta Glińskiego? Sądzę, że zdecydowanie tym drugim. Dlatego reżyser miał o wiele więcej „chwytów dozwolonych”. Skoro najbardziej spodobał mu się wątek przyjaźni Zośki i Rudego, to właśnie o niej postanowił zrobić film. Czy zarzekał się, że jego dzieło to wierne odbicie szkolnej lektury?
A teraz pozwolę sobie zacytować nagłówek artykułu, na który trafiłam w Internecie: Młodzi zachwyceni „Kamieniami na szaniec”. 43 proc. chciałoby, żeby powstała książka na podstawie filmu. Niepokojące dla nauczycieli i moli książkowych? Ja jestem zaniepokojona, lecz nie faktem, że film trafia do młodzieży bardziej niż powieść (alergia na książki to już coś tak powszechnego u uczniów, że nie ma sensu tego komentować). Niepokoi mnie, że odbiorcy wrzucają dzieła literackie i filmowe (powstałe na motywach tych pierwszych) do jednego worka i oceniają je przez ten sam pryzmat. To absurd. Czepić moglibyśmy się filmowców, którzy zmieniliby znacząco treść książki i z przytupem upierali się, że ich produkcja to ekranizacja. Nie widzę jednak powodu, dla którego ja sama mogłabym oczerniać pana Glińskiego. Stworzył film, który przyjemnie mi się oglądało i na pewno zapadnie w mojej pamięci. Aleksander Kamiński i jego książka to dla mnie zupełnie inny temat.

Milena Traczyńska
Klasa II D
I LO im. St. Staszica


"PARANORMAL ACTIVITY: NAZNACZENI"

Horror jak kołysanka

Po co ogląda się horrory? Po to, żeby się bać. Po to, żeby podskakiwać na kinowym fotelu, wydawać okrzyki przerażenia, a po zakończonym seansie nadal mieć ciarki na plecach oraz wrażenie, że zaraz zaatakuje nas potwór, demon czy żywy trup. Myślałam, że takim filmem będzie „Paranormal Activity: Naznaczeni”. Po zobaczeniu zwiastuna byłam wręcz pewna, że rozbudzę ciemną stronę swojej wyobraźni. Niestety…
Nie mam porównania do poprzednich części serii Landona, bo ich nie oglądałam, jednak Filmweb i inne portale ociekają krytyką skierowaną pod adresem „Naznaczonych”. Internauci zarzucają, że każda kolejna część jest coraz gorsza, coraz bardziej przewidywalna, a najnowsza to kompletne dno. Dno… Tak mogę ją określić i ja, mimo że tych pierwszych nie miałam okazji zobaczyć.
W pierwszych piętnastu minutach „horroru” byłam entuzjastycznie nastawiona. Bardzo spodobał mi się pomysł stylizacji obrazu na domowe wideo. Bohaterowie używają małej kamery do udokumentowania koszmaru, który dotknie jednego z nich – Jessiego, a odbije się również na życiu jego rodziny i przyjaciół. Po tym minionym kwadransie widz ma prawo oczekiwać już na wielkie „bum” - na morze krwi, przerażające bestie i rozpaczliwe wrzaski ofiar. Na próżno było jednak ich wypatrywać. Landon zabierał się do zawiązywania akcji jak pięciolatek do sznurowadeł.
Rażącym błędem reżysera było też… „ostrzeganie” publiczności przed mającym po chwili pojawić się w kadrze niebezpieczeństwem. Chodzi o to, że to, co ma nas zaskoczyć i przerazić, jest żenująco przewidywalne. Kiedy na ekranie przez jakieś dziesięć sekund widzimy puste pomieszczenie i panuje absolutna cisza, domyślamy się, że coś się wydarzy – że nagle pojawi się jakaś zdeformowana, rozdziawiona paszcza wydająca nieludzkie odgłosy. Machinalnie nastawiamy się więc na czekającą nas „niespodziankę”. Skutek? Nie pojawia się spontaniczny strach. Może nawet nie pojawić się jakikolwiek. Zabieg: cisza… cisza… bu! typowy w horrorach jest czymś tak oczywistym, że korzystając z niego na każdym kroku, Landon jedynie się ośmieszył.
Co z obsadą? I tutaj nie ma fajerwerków. Wprawdzie odtwórcy głównych ról – Andrew Jacobs (Jessie) i Jorge Diaz (Hector) – dobrze prezentują się jako młodzi miłośnicy mocnych wrażeń, jednak aktorsko się nie spisali. Słuchając ich kwestii, miałam wrażenie, że improwizują – że nie korzystają ze scenariusza, tylko wymyślają sobie teksty na poczekaniu. Z taką tendencją byliby dobrymi kabareciarzami, lecz bohaterowie horroru z nich żadni.
No cóż, w skali od 1 do 10 najnowsza część „Paranormal Activity” zasługuje maksymalnie na dwa (od przyznania dennej jedynki ratuje ją jedynie pomysł z kamerą). 1 godzina i 24 minuty siedzenia w kinie z podpartym łokciem i daremnego oczekiwania na rozwój akcji.

Milena Traczyńska
Klasa II D
I LO im. St. Staszica


"WILK Z WALL STREET"

Wilk-kameleon w krawacie

Gdy pada nazwisko DiCaprio, od razu przychodzi na myśl zakochany młodzieniec z „Titanica” – nieśmiertelnego wyciskacza łez. Mnie jednak, odkąd obejrzałam „Wilka z Wall Street”, Leonardo będzie kojarzył się głównie z Jordanem Belfortem…
Szczerze, to miałam ogromne wątpliwości, czy trwająca trzy godziny biografia brokera mnie nie znuży. A jednak – świat krawaciarzy, intryg i rozpusty przedstawiony z silnym rozmachem nie pozwalał przysypiać.
Bez zbędnej „rozgrzewki” Martin Scorsese przechodzi do rzeczy i na ekranie od razu pojawia się nasz drogi Jordan (lub raczej – nasz drogi Leonardo), zaczynając opowieść o początkach swojej maklerskiej kariery. To ciekawe, że w tak długim filmie reżyser nie bawił się w żadne wstępy, ciszę przed burzą i tak dalej. Mógłby śmiało zwrócić się do swoich kolegów po fachu, którzy potrafią znęcać się nad widzem półgodzinnym zawiązaniem akcji, i powiedzieć: „Ha, patrzcie i uczcie się!”.
Dalsza wędrówka przez życie Jordana Belforta przypomina już tylko płynięcie z silnym prądem; nie ma słabszych, „wolniejszych” momentów, dajemy się ponieść i wchodzimy w świat maklerskiej firmy, gdzie rządzą bezwzględność, wulgarność i szał spowodowany chęcią nieustannego bogacenia się.
Dynamiczną akcję Scorsese dopełnił fenomenalną obsadą. No cóż, po raz enty trzeba tu powiedzieć o odtwórcy głównej roli. DiCaprio świetnie sprawdził się w roli kameleona, bo Belfort raz jest poważnym brokerem zdolnym osiągnąć wszystko, a zaraz potem – bezsilnym wobec nałogów desperatem, bojącym się utraty majątku i rodziny. Przyjemnie też ogląda się niezwykłej urody Margot Robbie jako Naomi. Autentyczne politowanie widz czuje w stosunku do pierwszej żony Jordana – Teresy (Cristin Milioti), gdy ten ją zdradza. A świadczy to o tym, że aktorka zagrała świetnie. Wrażenie zrobili na mnie też inni: Donnie Jonah Hill (jako Donnie), Rob Reiner (ojciec Belforta), Joanna Lumley (ciotka Emma)… Tę listę można mnożyć.
Do nazwania „Wilka z Wall Street” doskonałym zabrakło jednej rzeczy – zaskoczenia. No cóż, oglądało się przyjemnie, jednak miłośnicy gwałtownych zwrotów akcji, mogą czuć pewien niedosyt. Historia naszego brokera jest bowiem jedną z tych, które w połowie filmu widz byłby w stanie dośpiewać sobie sam. Mnie zaskoczył tylko moment, kiedy Jordan rozwiódł się z Teresą i wziął ślub z Naomi (przeczuwałam, że to ta pierwsza będzie zmuszona ponosić konsekwencje założenia rodziny z uzależnionym od pieniędzy, narkotyków i innych kobiet milionerem). Poza tym nie umierałam z ciekawości, co wydarzy się później.
Jeszcze jedną rzeczą – dość drażliwą i kontrowersyjną – która mnie nie przekonała, jest duża ilość scen łóżkowych. Rozumiem, miały podkreślić pewien brak hamulców moralności i przyzwoitości bohaterów, ale… oglądając kolejne, coraz to nowsze filmy, które mają nas szokować, odnoszę wrażenie, że reżyserzy wyprzedzają się nawzajem w tym, kto pokaże więcej.
Mimo to „Wilk z Wall Street” zdecydowanie zasługuje na uznanie. Nie dziwi mnie też, że są tacy, którzy przypisują mu miano filmu roku. Od Scorsese`a filmowcy powinni się uczyć doboru aktorów i nadawania akcji dynamiki.

Milena Traczyńska
kl. II D
I LO im. St. Staszica


"POD MOCNYM ANIOŁEM"

Pod mocną reklamą – ze słabym efektem

Zawsze mam wątpliwości, gdy idę do kina obejrzeć film, którego reklamy znam na pamięć i nie mogę się od nich odpędzić tygodniami. W przypadku „Pod Mocnym Aniołem” było inaczej. Smarzowski… Byłam przekonana, że na nim nie mogę się zawieść – że mistrz mocnego kina zaskoczy, zszokuje, da do myślenia, a potem odciśnie piętno na mojej pamięci. Było jednak inaczej…
Koleżanka zaraz po wyjściu z kina powiedziała: „Jak zwykle nie mogę określić, czy film Smarzowskiego mi się podobał”. I ja miałam podobne odczucia. A właściwie… i ja nie miałam żadnych – po prostu tuż po seansie nie dało się powiedzieć, czy „Pod Mocnym Aniołem” to film dobry czy taki-sobie.
Refleksje przyszły później. Być może ktoś, kto nie miał wcześniej do czynienia z dziełami Smarzowskiego, mógł być oczarowany ujęciami czy muzyką. Jednak jego stali „konsumenci” z pewnością mieli coś na kształt dejavu – cała najnowsza produkcja to jedynie powielenie schematu znanego z filmu „Dom zły” czy spektaklu Teatru Telewizji, pt. „Kuracja”. Stwierdzam, że reżyser zwyczajnie nie wykorzystał własnego potencjału. Skoro koniecznie chciał bawić się w „odgrzewanie” starszych dzieł, to mógł się za to zabrać inaczej. Miał warunki – miał temat, na którym dało się zbudować ciekawą historię. Dodając do tego pikanterię, zdołałby stworzyć prawdziwy hit. Dlaczego mu nie wyszło?
Poznajemy Jerzego (Robert Więckiewicz) w momencie, gdy jest gotowy wyzwolić się z sideł alkoholizmu i zawalczyć o swoje życie oraz miłość. Gdy zaraz po skończonym odwyku, udaje się do baru, przekaz jest jasny – nie jest łatwo zwyciężyć z nałogiem. Kiedy bohater znów ląduje w ośrodku i ponownie zaczyna pić – nadal śledzimy jego losy i rozumiemy, co oznacza kolejna porażka Jerzego. Jednak fakt, że ten cykl powtarza się do ostatnich scen filmu, zwyczajnie męczy. Smarzowski chciał tak pokazać bezsilność wobec alkoholizmu – że jest to niekończące się szybowanie w górę i spadanie z hukiem. Tylko co z tego, że widz jest w stanie rozszyfrować ten zabieg, skoro przez półtora godziny ziewa i na marne czeka, aż historia losów Jerzego nabierze rozmachu? Wszystko wszystkim, jednak reżyser przekroczył granicę dzielącą artyzm i zwyczajną monotonię. I nie pomogły tu brutalne sceny, krew, wymiociny, ani półprzytomny Więckiewicz załatwiający potrzebę fizjologiczną na ulicy. Znudzonego widza nie dało się już zszokować.
Żeby nie skończyło się na samej krytyce, na plus wyszła moim zdaniem obsada. Wprawdzie zobaczyliśmy, m.in. te same twarze, co w poprzednich filmach Smarzowskiego, jednak one nie nudziły, a „słabość” do „swoich” aktorów można reżyserowi wybaczyć. Szczególnie sprawdził się pan Więckiewicz. Widziałam go w ostatnim czasie jako przywódcę Solidarności („Wałęsa”) oraz Adolfa Hitlera („Ambassada”), jednak przyznam szczerze, że w niewdzięcznej roli pisarza-alkoholika oglądało się go najlepiej.

No cóż, Smarzowski nie pokazał niczego nowego, nie zdołał tego również atrakcyjnie opakować, dlatego z przykrością stwierdzam, że te wszystkie „ochy” i „achy” wokół „Pod Mocnym Aniołem” media mogły sobie oszczędzić. Co zobaczymy następnym razem? Ośrodek odwykowy dla narkomanów i bohatera, którzy przez półtora godziny będzie wbijał sobie strzykawkę w skórę lub wciągał nosem biały proszek? Miejmy nadzieję, że ten nieudolny obraz alkoholików nie świadczy o wypaczeniu Smarzowskiego i że następnym razem nie „odgrzeje” a „ugotuje” coś nowego.

Milena Traczyńska
kl. II D
I LO im. St. Staszica


"HOBBIT: PUSTKOWIE SMAUGA"

Druga część adaptacji powieści Johna R.R. Tolkiena „Hobbit-Pustkowie Smauga” to nieszablonowa opowieść, pełna rozmaitych motywów. Bez wątpienia na pierwszym miejscu reżyser trylogii filmowej -zarówno „Władcy Pierścieni”, jak i jego prequela „The Hobbit”- Peter Jackson dał widzom niesamowity spektakl, po brzegi wypełniony dynamiczną akcją.
Fani trylogii mogli bez trudu zauważyć dość znaczącą różnicę między „Hobbitem” a zrealizowanym wcześniej „Władcą Pierścieni”, a nawet różnicą między I a II częścią powieści Tolkiena z 1937 roku.
Zwykle druga część trylogii jest nie lada wyzwaniem dla twórcy, gdyż postawił on sobie ogromną poprzeczkę, tworząc z jednego tomu powieści fabułę rozciągniętą na prawie ośmiogodzinny seans. Reżyser w tym celu pokusił się na dodanie kilku nowych części w układance całej fabuły.
W „Pustkowiu Smauga” zabrakło czegoś podobnego do pieśni krasnoludów. Czegoś, co pozwoliłoby na przemyślenia i nostalgię widza, skupienie się na faktycznym celu wędrówki krasnoludów do Ereboru, zrozumieniu krzywdy, jaką doznał lud Dębowej Tarczy. W zamian za to mamy prawie 3-godzinną ucztę, ociekającą w dynamiczną, nieustannie klarowną i pełną zwrotów – akcję. Na uwagę zasługuje motyw rajdu w beczkach, gdzie swój popis aktorski dał Orlando Bloom, jako Legolas, którego rozpoznajemy z trylogii „Władcy Pierścieni”. Osobowość leśnego księcia zdecydowanie różni się od tej, którą poznaliśmy we ‘Władcy’. Wydawać by się mogło, że jest on zadufanym w sobie, pełnym ksenofobii elfem – jednak przejawia on także dobre cechy-sprawiedliwość i chęć pomocy innym, wbrew zakazom władcy Mrocznej Puszczy Thranduil (Lee Pace).
Ciekawym motywem jest także twierdza Dol Guldur, w której to Gandalf Szary stacza walkę z budzącymi się siłami zła. Powoli odkrywana zostaje tajemnica Saurona, czarnoksiężnika, który tworzy armię, by zagrozić światu. Poznajemy jego możliwości, siłę i moc, a także wpływ na pozostałych bohaterów… (w tym tytułowego bohatera- hobbita). Zmagania czarodzieja ze znanym mu już przeciwnikiem (wnioskować można to z nazwania Saurona po imieniu przez Gandalfa) zasługują na uwagę, mogą stanowić genialny archetyp nieustannej walki dobra ze złem. Dol Guldur nadaje zdecydowanie mroczny klimat filmowi, który zostaje pozbawiony baśniowej sielanki, jaka ukazana była w „Niezwykłej Podróży”.
W tej części jesteśmy świadkami przemiany kilku osobowości. Pierwszą z nich jest tytułowy hobbit, Bilbo Baggins (Martin Freeman). Jego metamorfozę widzimy już w pierwszym momencie pojawienia się go na ekranie. Zmienia się on - z leniwego gospodarza z fajką w ustach, kochającego ciepłe i bezpieczne domostwo - w mężnego, odważnego, sprytnego wojownika i wprawnego „włamywacza”. Zdawać by się mogło, że na jego transformację ma znaczący wpływ klejnot, który Bilbo znalazł podczas podróży. Bez pierścienia jednak wyprawa kończyłaby się w martwych punktach, gdyż niewidzialność, którą oferowała moc pierścienia pomagała hobbitowi uratowanie z opresji własnej skóry i swoich współtowarzyszy wędrówki do Ereboru (np. podczas uwięzienia krasnoludów przez elfy w królestwie Thranduil’a).
Kolejną postacią, której przemianę można zaobserwować, to Thorin Dębowa Tarcza. Poznajemy go jako władcę, który na pierwszym miejscu stawia dumę i honor. Podejmuje prawidłowe decyzje, dobrze organizuje wyprawę i wzbudza respekt nie tylko wśród kompanów, ale także u widza. Kiedy spotykamy go ponownie w II części, wydaje się być osobą, którą targają liczne wątpliwości. Gotów jest nawet poświęcić życie Bilbo’a, zostawiając go na pastwę tytułowego smoka Smauga, gdyż – jak stwierdził – przez jednego osobnika cała wyprawa nie może pójść na marne. Bliskość bogactwa i władzy, jaką mógł mu dać arcyklejnot – symbol potęgi krasnoludzkiej – zaślepiły jego zalety charakteru i tak, jak pierścień powoli wpływał na psychikę i zachowanie pana Baginnsa, tak arcyklejnot nie pozostawał na Thorina obojętny.
Druga przemiana bohatera nie jest jednak tak bardzo dostrzegana, gdyż Thorin Dębowa Tarcza przestaje być w centrum zainteresowania, nie gra już tak ważnej roli, jak w I części.
Największą uwagę jednak należy zwrócić na monstrum, genialnie dopracowane technicznie, jak i merytorycznie. Mowa tu oczywiście o Smaugu, bestii bezbłędnie wykreowanej nie tylko od strony wizualnej. Uwydatniony został także jej zaborczy charakter. Głos Benedicta Cumberbatcha -zdecydowanie intrygujący i głęboki powoduje dreszcze na całym ciele widza. Należy z całą pewnością oddać pokłon twórcom bestii. Kreacja techniczna smoka jest bez porównania lepsza od „Eragona” czy „Władców ognia”. Intrygującym motywem jest rozmowa Bilba ze Smaugiem, w której to poznajemy siłę, wielkość i potęgę okupanta Ereboru. Jednakże zauważyć można, że dość dziwną i niepasującą do całości jest walka gada z krasnoludami. Stary i mądry smok daje się złapać w proste pułapki zastawione przez drużynę Thorina. Zaskakującym zwrotem akcji jest to, że zatopienie w płynnej lawie Smauga nie przyniosło żadnych skutków w jego unicestwieniu.
Dla fanów twórczości Tolkiena zaskoczeniem mogła być także postać Tauriel (Evangeline Lilly), której nie sposób znaleźć w powieści, gdyż została stworzona wyłącznie na potrzeby filmu. Delikatna, młoda elfka cieszy oko nie tylko swoją zapierającą dech w piersiach urodą. W nadzwyczajnie delikatny i wprawny sposób wyżyna całe hordy orków. Jej postać wprawdzie miała wpływ na dwóch bohaterów – Legolasa i krasnoluda Kiliego, by wprowadzić kolejny-miłosny – motyw w filmie. Bohaterka wzbudza od razu sympatię odbiorcy, dlatego moim zdaniem wprowadzenie jej postaci do fabuły przyczyniło się do wzbogacenia akcji. Całość na pewno na tym nie ucierpiała.
Biorąc pod uwagę ogół, zdecydowanie widać, że ten film należy do tych z wyższej półki (koszt 250 mln dolarów)- na ekranie mamy perfekcję techniczną, pomimo zastosowania zbyt dużej ilości GCI.
Niestety, reżyser poskąpił widzowi zdjęć z lotu ptaka. Owszem, zaobserwować można niesamowite plenery Nowej Zelandii, ale z bólem serca stwierdzić można, że jest ich zdecydowanie za mało. A przecież dla Petera Jacksona takie zdjęcia są bardzo charakterystyczne, wręcz można pokusić się o stwierdzenie, że są jego wizytówką.
Muzyka skomponowana przez Howarda Shore’a, jak zwykle mile dopełnia ciąg i nadaje niepowtarzalny klimat. Jednak w niektórych momentach linia melodyczna wyprzedza fakty lub opóźnia akcję. Koniec filmu wieńczy utwór „I see fire” w wykonaniu Ed’a Sheerana, dla którego warto pozostać w kinie w trakcie napisów końcowych.
Moim zdaniem w tej części zabrakło świetnej Cate Blanchett, w roli Galadrieli oraz za mało uwydatniono postać dowódcy oddziałów orków z Dol Guldur- Azoga (Manu Benett)- stał się postacią epizodyczną, nie wzbudza większych uczuć, strachu czy niepewności – jak w „Niezwykłej przygodzie”.
„Pustkowie Smauga” to bez wątpienia świetnie zrealizowana adaptacja powieści. Stanowi niezawodne remedium na nudę. Akcja to istny roller-coaster - trzyma w napięciu od samego początku, po napisy końcowe. Film jest pozbawiony fabularnych przestojów, pustych scen. Bez wątpienia należy wybrać się po bilety na II część „Hobbita”, gdyż stanowi istną pożywkę dla wielbicieli fantastyki i dynamicznej akcji. Efekty specjalne, gra aktorska, rekwizyty i cudowne plenery stanowią nieodłączną całość, która staje na wysokości zadania i przede wszystkim zachwyca.
Pomimo tego, że „Pustkowie Smauga” według mojej opinii jest lepszą kontynuacją „Hobbita”, to wciąż brakuje jej niepowtarzalnego klimatu „Władcy Pierścieni”. Miejmy nadzieję, że „Tam i z powrotem” nie zawiedzie oczekiwań wielu fanów, podzielających moje zdanie.

Magdalena Wielgus
kl. II D
I LO im. St.Staszica


"IGRZYSKA ŚMIERCI: W PIERŚCIENIU OGNIA"

To ekranizacja drugiej części kultowej trylogii amerykańskiej pisarki Suzanne Colins. Nakręcenia filmu na podstawie tej książki podjął się Francis Lawrence. Na uwagę zasługuje przede wszystkim odtwórczyni głównej roli Jennifer Lawrence, obok której na ekranie pojawiają się: Josh Hutcherson (Peeta Mellark), Liam Hemsworth (Gale Hawthorne),Woody Harrelson (Haymitch Abernathy), Elizabeth Banks (Effie Trinket), Lenny Kravitz (Cinna) oraz Philip Seymour Hoffman (Plutarch Heavensbee).
Akcja filmu toczy się w nieznanej - być może dalekiej przyszłości - na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, stanowiących w filmie totalitarne państwo Panem podzielone na dwanaście dystryktów, w którym co roku odbywają się krwawe Głodowe Igrzyska. Do przymusowej walki stają przedstawiciele każdego z dystryktów – chłopiec i dziewczyna. Zwycięzcą zostaje ostatnia pozostała przy życiu osoba.
Katniss Everdeen , która rok wcześniej wygrała Igrzyska, zostając symbolem buntu wobec bezwzględnej władzy, stała się niewygodna. Snow - prezydent Panem - postanowił pozbyć się nie tylko jej, ale także tych, którzy zagrażają jego autorytetowi. W tym celu do uczestników kolejnych Głodowych Igrzysk losował wśród dotychczasowych zwycięzców z każdego dystryktu. Katniss, jako jedyna żyjąca wówczas dziewczyna ze swojego dystryktu wróciła na arenę.
Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to zwykły film komercyjny, bez wartości z fabułą, która nigdy nie ma szansy stać się rzeczywistością. Po prostu "bajka dla niegrzecznych dzieci". Nic bardziej mylnego. Część trylogii "W Pierścieniu Ognia" skupia się na pewnych wartościach w życiu człowieka. Totalitaryzm, dążenie do wolności, miłość, rodzina, bunt, rewolucja... Czasem na świecie pojawia się osoba, która potrafi porwać za sobą tłumy. Stać się zarzewiem buntu i rozpocząć walkę o poprawę bytu ludzkości. Katniss prowadzącą ludzi ku wolności, możemy utożsamić z naszym rodakiem Lechem Wałęsą, o którym film niedawno wszedł do kin. Z tą różnicą, że w przeciwieństwie do Wałęsy, Katniss była tylko zastraszoną nastolatką, której jeden błędny ruch mógł zabić nie tylko ją, ale też całą jej rodzinę i wszystkich znajomych.
Moim zdaniem ten film jest wspaniały. Ukazuje, jak dużą rolę w historii odgrywa okrucieństwo i że nawet najbardziej niepozorne osoby mogą znaleźć w sobie siłę, by mu się sprzeciwić. Polecam go każdemu, niezależnie od płci, wieku, przekonań i tego, czy przeczytał trylogię Suzanne Colins, czy po raz pierwszy z historią Panem spotyka się przy tym filmie.

Marika Prucnal
kl. I A
I LO im. St.Staszica


Co się dzieje w polskim kinie?
„Ostrowieckie Spotkania Filmowe 2013” – I co dalej?

Ostatnimi czasy zauważyć można niepokojące zjawiska, dotyczące polskiego kina. Po ogólnym wglądzie w repertuar kin z ubiegłych kilku lat oraz z bieżącego, 2013 roku pojawić się może niepokój oraz przejmująca frustracja. Dlaczego?
Zacząć należy od tego, z jakiego powodu ludzie chodzą do kina. Na to pytanie istnieje nieskończenie wiele odpowiedzi – dla każdej persony odpowiedź będzie zdecydowanie inna i unikalna, gdyż dla każdego pojęcie artyzmu ma zupełnie inną definicję. Film, jako jedna z rodzajów sztuki ma liczne grono odbiorców, w zależności od upodobań, gustów, oczekiwań i priorytetów widzów. Nie da się zignorować faktu, iż większość z nas wybiera filmy tak naprawdę „lukrowane”, o banalnej tematyce i przewidywalnej fabule. Weźmy pod lupę polskie komedie ostatnich kilku lat. W większości z nich powielają się ci sami aktorzy, widzimy te same twarze, które niestety nie zaszczycają nas -zapierającą dech w piersiach- grą aktorską. Takie zjawisko powoduje, że oglądając kolejne komedie z bohaterami, których role ogrywają te same osoby, nie jesteśmy w stanie odróżnić ich kreacji bohatera, co w zupełności mija się z celem, gdyż takie filmy po prostu odbiorcy nie bawią, lecz męczą i nie zakorzeniają się w ich świadomości. Reżyserzy powielają wciąż te same tematy, a wysoka jakość filmów stała się wyjątkiem, a nie regułą. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, iż mamy do czynienia z nastawieniem kina na zyski – film musi odpowiadać większej ilości zbiorowości, ma być wykreowany na potrzebę „masową” – gdyż polskie kino cierpi na brak budżetu. Fabuła takich filmów jest wciśnięta w pewien schemat, w ramy zapotrzebowania społecznego, co powoduje, że są one prymitywnie lekkie, można z pewnością mówić, że nawet sezonowe, które nie znajdą miejsca na liście produkcji, które odbiły swoje piętno na polskiej mentalności, jak np. „Miś”, czy „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Stanisława Barei.
Oprócz komedii, niewypałami możemy nazwać także niektóre polskie filmy historyczne. Biorąc pod uwagę „Bitwę Warszawską” można ocenić, że takie produkcje nastawione są na promowanie aktorów i ich zdolności, nijak związane z grą aktorską. Spotkać się można z opinią, że „Bitwa Warszawska” ma wiele wspólnego z musicalem z Nataszą Urbańską w roli głównej, a nie ukazanie faktów historycznych i cierpiącej Polski.
Kolejnym problemem są ograniczenia reżyserów. Bo obejrzeniu niektórych filmów można uznać, że większość z nich boi się eksperymentować, podejmować tematy „wymagające”, trudne, poruszające które mają dać wiele do myślenia i zakorzenić się w odbiorcy. Problem ten świetnie odzwierciedlają słowa Gombrowicza, skierowane do Arthura Sandauera : „Pan robi na mnie wrażenie siły dość sporej, ale spętanej”. Reżyser boi się pokazać coś, co sam wykreował – coś oryginalnego, innowacyjnego. Trudno zrealizować własny konspekt twórczy, gdy istnieje świadomość, że film się dobrze nie sprzeda i wtedy planowany dochód nie będzie zadowalający. Wszystko kręci się wokół pieniądza i strachu przed jego utratą. A przecież ludzie czekają na coś, co nie przyniesie im fałszywej świadomości i nie będzie pozbawione „braków twórczych”.
Jednakże nie można piętnować wszystkich filmów i wszystkich reżyserów wrzucać do jednego worka, ponieważ dość wyraziście wyróżniają się perły polskiego kina, o których można było usłyszeć na Ostrowieckich Spotkaniach Filmowych 2013.
Jednym z nich jest Maciej Pieprzyca, reżyser filmu „Chce się żyć”. Aktywny w życiu kina od 1990r, zadebiutował filmem „Inna”. Jego pierwszym sukcesem była nominacja do Nagrody Złotych Lwów za film „Inferno”, a siedem lat później otrzymanie powyższej nagrody za „Drzazgi”.
„Chce się żyć” to opowieść o niepełnosprawnym Mateuszu, chłopcu cierpiącym na niedowład kończyn. Zmaga się on z problemami codziennego życia w chorobie, która odebrała mu „normalność” już na starcie i zdolność do jakiejkolwiek komunikacji ze światem. Otoczony ludźmi - którzy pomimo jego defektu, obdarzają go ogromem miłości i zrozumienia - walczy o godność i samego siebie.
Bohater przedstawiony jest jako osoba o ogromnej ciekawości, chęci do życia. Głos dochodzący z offu to myśli, które na bieżąco tworzą się w głowie Mateusza. Okazuje się, że tak naprawdę jest on zwykłym mężczyzną, który interesuje się damskimi biustami, sarkastycznie podchodzi do ludzi, którzy traktują go lekceważąco oraz fascynuje się astronomią oraz rozważa sens życia i miłości. Wszystko to zakrywa zasłona jego milczenia i obrazka osoby, siedzącej na wózku.
Film ten ukazuje prawdę o osobach niepełnosprawnych. Ukazuje realia świata ludzi, którzy nie mogą pozwolić sobie na samodzielną egzystencję. Pomimo tak ogromnego utrudnienia, nie są oni pozbawieni pogody ducha, marzeń, pragnienia miłości, walki o to, by świat mógł ich poznać. Dzięki nadzwyczajnemu zrządzeniu losu chłopiec spotyka na swojej drodze ludzi, którzy pokazują mu zupełnie inny wymiar życia oraz umożliwiają im kontakt z ludźmi. Można pokusić się na stwierdzenie, że niepełnosprawny człowiek uczy nas, jak żyć.
„Chce się żyć” nie należy zdecydowanie do filmów wesołych, pomimo ogromnego optymizmu i wiary w cuda. Nie odczuwamy fałszywej litości, nie rozczulamy się nad cierpieniem Mateusza. Przedstawione są twarde fakty, niekiedy i brutalna rzeczywistość ( np. motyw, w którym lekarze usunęli zęby chłopcu tylko dlatego, że nie był on w stanie jeść na leżąco bez przygryzania sobie warg).
Problemy egzystencjalne Mateusza dotyczące znaczenia życia, rodziny, przyjaźni ukazane są na tle zwykłych przyziemnych rzeczy, np. wdrapanie się na kanapę czy uparte, kilkugodzinne czekanie przy drzwiach na ojca, gdy ten wróci do domu.
Jest to dramat niezwykle uniwersalny, który z pewnością znajdzie zrozumienie na całym świecie, gdyż dotyczy on problemu, z którym borykają się ludzie każdego narodu. Po obejrzeniu go, odczuć można wolność wewnętrzną reżysera. Jest to zdecydowanie bardzo odważne, osobiste kino, przełamujące tematy tabu. Zmusza do głębokich refleksji, dotyczących otaczającej rzeczywistości i rzuca na nią zupełnie inne światło.
Dawid Ogrodnik, który wcielił się w postać chorego Mateusza, świetnie przedstawił problem, z jakim zmagają się niepełnosprawni ludzie. Widz mógł doznać wrażenia, że na ekranie widzimy autentycznego chorego na porażenie mózgu, a nie aktora. Niezwykle umiejętnie wyraża on emocje, bez potrzebnych słów, nawet niepozornym mrugnięciem powiek czy skinieniem głowy. Ogrodnik bez wątpienia włada ogromnym talentem, który aż chce się oglądać i zgłębiać.
Dzięki takim aktorom i reżyserom wciąż jest nadzieja na odrodzenie się polskiego kina. Mam nadzieję, że inni reżyserzy wezmą przykład z Pieprzycy i pokażą nam coś, co nie będzie karykaturalną wizją rzeczywistości, a głęboką ucztą poruszenia i spełnienia artystycznego. „Dobrze jest.”

Magdalena Wielgus
kl. II D
I LO im. St.Staszica


XIV OSTROWIECKIE SPOTKANIA FILMOWE

Październikowy wysyp filmowych okazów

Po raz XIV kino „Etiuda” uczyniło październik ucztą dla ostrowieckich kinomaniaków. W dniach 25 – 31 X odbywały się projekcje filmów takich, jak: „Chce się żyć”, „Mój biegun”, „Ambassada”, „Ida”, „Kongres” i „Cristiada”. Jak widać, dominowały polskie produkcje, ale świadczy to tylko o tym, że nasi filmowcy nie próżnują i warto było tej jesieni wybrać się do kina…
Zacznę od filmu, na który szczerze powiedziawszy czekałam najbardziej – „Chce się żyć”. Nie ukrywam, moją niecierpliwość podsycał fakt, że w najnowszej produkcji Macieja Pieprzycy odtwórcą głównej roli jest Dawid Ogrodnik, który zrobił na mnie spore wrażenie jako filmowy Rahim w „Jesteś Bogiem”. Poza tym wszędzie podkreślano sukces „Chce się żyć” w Montrealu (Grand Prix, Nagroda Publiczności i Jury Ekumenicznego) i na „Gdynia Film Festiwal” (Srebrne Lwy). Zdobył też Złotego Klakiera dla najdłużej oczekiwanego filmu. Cóż, to nie mógł być przypadek. I owszem, dzieło rzeczywiście jest świetne! Z jednej strony wyciskacz łez, z drugiej pojawiają się momenty, w których nie sposób powstrzymać się od śmiechu. Przede wszystkim jednak „Chce się żyć” ma ogromny wydźwięk moralizatorski – uczy, jak cenne jest zdrowie oraz jak ważne jest, by stawiać sobie wyzwania, przełamywać bariery i zawsze wierzyć, że następny dzień przyniesie coś dobrego. Brzmi pięknie, prawda? Bardzo spodobał mi się pewien zabieg zastosowany w tym filmie. Z jednej strony Mateusz ukazany był jako „roślinka” – sympatycznie wyglądający chłopak na wózku inwalidzkim, trzymający rękę w charakterystyczny sposób, cały czas bezskutecznie usiłujący coś powiedzieć. Budzi to odczucia takie jak litość, wyrozumiałość, pewnego rodzaju sympatia. A co widz słyszy w tle? Mężczyznę – opowieść dorosłego mężczyzny, w pełni rozwiniętego umysłowo. Ten kontrast jest tak wyraźny, że oglądający bez problemu poznaje prawdziwego Mateusza i utożsamia się z jego walką o godne życie. Jak dla mnie – genialna sprawa.
A teraz coś również z polskich nowości, ale z zupełnie innej beczki – najnowsza komedia Juliusza Machulskiego, pt. „Ambassada”. Cóż, trzeba sobie powiedzieć szczerze, że z obecnym humorem naszych filmowców bywa różnie. Jednak od Machulskiego można było dużo oczekiwać, biorąc pod uwagę, jak dawniej potrafił rozbawić Polaków (mowa tu na przykład o „Seksmisji” czy „Kilerze”). Jeżeli chodzi o „Ambassadę”, mnie na kolana ten film nie powalił. Pomysł był w porządku – podróż w czasie dzięki windzie, spotkanie z Hitlerem (świetna rola Roberta Więckiewicza) i Ribbentropem, zmiana biegu historii… Za koncepcję ogromny plus. Ale za realizację – no właśnie… Przede wszystkim zapytałabym pana Machulskiego: dlaczego akcja na początku filmu podążała w żółwim tempie? To naprawdę było męczące. O wiele atrakcyjniejsze byłoby „szybkie wejście”, takie jak np. w „Seksmisji”. Muszę też niestety powiedzieć, że wiele żartów zwyczajnie nie śmieszyło, a dialogi bohaterów w moim odczuciu brzmiały po prostu nienaturalnie. Dlatego „Ambassady” mimo ciekawego pomysłu i świetnej obsady nie mogę ocenić pozytywnie.
Reasumując, tegoroczne propozycje ostrowieckiego kina pokazały, że polskim reżyserom nie brak nowych pomysłów. Październik był miesiącem wysypu fenomenalnych filmów, wartych obejrzenia. Nie narzekajmy więc, że nasi rodzimi filmowcy nie oferują niczego godnego uwagi. Myślę, że żaden z uczestników XIV Ostrowieckich Spotkań Filmowych nie zgodziłby się z tym zarzutem. Nawet jeżeli niektóre z filmów nas nie przekonały, warto wiedzieć, co się dzieje w polskim kinie.

Milena Traczyńska
kl. II D
I LO im. St.Staszica


XIV OSTROWIECKIE SPOTKANIA FILMOWE

„Kino to najważniejsza ze sztuk”.

Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Niewątpliwie oglądane przez nas filmy mają ogromny wpływ na nasze zachowanie czy postrzeganie świata oraz wymuszają na nas pewne refleksje. Mieszkańcy naszego miasta mieli okazję uczestniczyć już w XIV Ostrowieckich Spotkaniach Filmowych, które trwały od 25 do 31 października. Młodzieży naszego liceum również nie mogło tam zabraknąć. Najliczniejszą grupę stanowiły oczywiście klasy filmowe naszej szkoły.

Pierwszy film, o którym chcę napisać wywarł na mnie najmniejsze wrażenie. Nie można powiedzieć, że to film kompletnie zły, ale sporo w nim błędów i potknięć.
Film „Ambassada” to najnowsza komedia Juliusza Machulskiego. Reżyser znów postanawia, tak jak w filmie „Ile waży koń trojański?”, przenieść się w czasie i wrócić do przeszłości. Młode małżeństwo, Melania i Przemek, postanawia przyjechać do Warszawy, aby zająć się eleganckim mieszkaniem stryja na czas jego wyjazdu. Apartament znajduje się na ulicy Pięknej, w samym sercu miasta, gdzie przed wojną znajdowała się ambasada III Rzeszy. Melania, grana przez Magdę Grąziowską, to osoba porywcza i bardzo energiczna. To właśnie ona odkrywa windę, która przenosi w czasie. Młoda kobieta jest zafascynowana tymi niesamowitymi zdarzeniami w przeciwieństwie do swojego męża. Przemek, grany przez Bartosza Porczyka, pragnie skupić się wyłącznie na swojej pracy, a od żony wymaga ciszy i spokoju. W końcu jednak i jego zaczyna interesować świat z przyszłości, kiedy to odkrywa, że pewne informacje będą mu mogły pomóc w pracy. Młodzi ludzie zmieniają losy Polski i niestety nie udaje im się razem wrócić do Warszawy XXI wieku…
Mówiąc o „Ambassadzie” wypada wspomnieć o roli Roberta Więckiewicza, który gra Hitlera oraz jego sobowtóra - Lepke. Właśnie, wypada tylko wspomnieć, ponieważ nie jest to jakaś wyraźna postać, którą widz zapamięta. Nie on tu jest najważniejszy, a raczej wystawieni na pierwszy plan, Melania i Przemek. Przemek gra na pewno lepiej od Melanii, której gra jest zbyt teatralna, sztuczna, jej gesty są po prostu przesadzone.
Nie da się nie zauważyć również kiepskich efektów specjalnych, które powodują, że widz czuje się jak w grze komputerowej, a nie realnym świecie. Najlepszą według mnie jest scena końcowa, kiedy to aktorzy wykonują utwór Czesława Niemena „Sen o Warszawie”.
Kolejnym filmem będzie dramat Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”. Opowiada on historię niepełnosprawnego chłopca, Mateusza. Przez cały film słyszymy wewnętrzny głos chłopaka, który jest więźniem swego ciała i nie może wyrazić swoich uczuć, myśli. Chłopiec ma to szczęście, że posiada kochającą rodzinę, matkę, która wspaniale się nim opiekuje oraz ojca, który stara się wpoić mu najważniejsze życiowe mądrości. Jego szczęście nie trwa długo…Po tragicznej śmierci ojca starzejąca się matka jest zmuszona oddać go do oddalonego od domu ośrodka dla niepełnosprawnych. Mateusz czuje, że nie pasuje do tamtego otoczenia, jest ograniczany. Jednak to ten ośrodek daje mu szansę na lepszą przyszłość i możność komunikowania się ze światem…Pewnego dnia poznaje opiekunkę, która pomaga mu nauczyć się posługiwać językiem Blissa. Chłopiec zaczyna komunikować się ze światem za pomocą mrugnięcia okiem.
Rolę niepełnosprawnego Mateusza gra dwóch aktorów. Na początku jest to Kamil Tkacz, a później Dawid Ogrodnik. Obaj są w pełni sprawni, a swoją rolę odgrywają niesamowicie!
W filmie nie brak zabawnych scen, czy dialogów. Przedstawione są w kontakty Mateusza z dziewczynami oraz nawet jego upodobanie do damskich piersi. Przedstawiona jest również trudna sytuacja polityczna w Polsce, w której to przyszło bohaterom żyć.
Widz ma możliwość śmiać się i płakać. Pokazana w filmie postać niepełnosprawnego chłopca jest tak przedstawiona, że nie wzbudza w nas litości. Widz zaczyna podziwiać go za jego upór, wolę walki i ogromną siłę ducha, a nie odczuwać litość. Film niewątpliwie daje ogromną motywację, aby walczyć o swoje i nigdy się nie poddawać.
„Wisienką na torcie” tegorocznych Ostrowieckich Spotkań Filmowych jest natomiast film Pawła Pawlikowskiego „Ida”. Czas akcji to rok 1962, Polska. Młoda Anna jest tuż przed święceniami, do klasztoru trafiła jako sierota. Siostra przełożona poleca Annie odwiedzenie jej jedynej krewnej, ciotki Wandy. Grana przez Agatę Kuleszę ciotka jest sędzią, która wiedzie niezbyt szczęśliwe życie. Mieszka sama, nadużywa alkoholu i ma liczne kontakty z mężczyznami. Raz jest prawdziwą damą, pewną siebie kobietą, a raz jest w totalnej depresji. Wyznaje ona młodej Annie, którą gra Agata Trzebuchowska, że ta jest Żydówką.
Razem wyruszają w podróż po to, aby poznać lepiej historię swojej rodziny. Anna dowiaduje się o tragicznej śmierci swych rodziców oraz syna Wandy. Kobiety nie tylko zmagają się z problemem przeszłości, ale również teraźniejszości. Szukają swego miejsca w życiu i pragną się dowiedzieć kim tak naprawdę są. Przyszła zakonnica zakłada sukienkę, szpilki, robi makijaż i spędza noc z mężczyzną. Niestety tylko jej udaje się uporać z przeszłością i rozwiązać życiowe dylematy…
Film jest czarno-biały, a kadry rewelacyjne. Dialogi ciche, spokojne, nieprzesadzone. Grze aktorek nie można nic zarzucić. Widz wychodzi z kina lekko zszokowany, a film nie pozwala o sobie zapomnieć przez dłuższy czas. Film wymusza na widzu myślenie, nie pozwala go tylko obejrzeć. Nic dodać nic ująć. Rewelacyjny.

Maria Janicka
kl. II D
I LO im. St.Staszica


"MÓJ BIEGUN"

Na życiowym biegunie

Pod koniec października w ostrowieckim kinie „Etiuda” jak co roku odbyły się spotkania filmowe. Tym razem w repertuarze, w przeciwieństwie do lat poprzednich, dominowało kino polskie. Wiele naprawdę świetnych tytułów pojawiło się w terminach premierowych. Jednym z nich był „Mój biegun” w reżyserii Marcina Głowackiego. Kolejny film z serii „Prawdziwe historie” wyprodukowany przez TVN. Bohaterem jest Jasiek Mela, pierwszy i najmłodszy w historii niepełnosprawny, który zdobył dwa bieguny oraz cała jego rodzina, która musiała poradzić sobie z serią tragicznych wydarzeń. Śmierć młodszego syna, a po kilku latach ciężki wypadek Jaśka.
Jest to świetny przykład jak opowiedzieć o cierpieniu uczciwie, bez patosu. Film skupiony jest na wydarzeniach, które rozgrywają się przed wyprawą chłopca na biegun. Dowiadujemy się, w jaki sposób żyć dalej po tragedii, jak nie poddawać się, mimo rozpaczy i cierpienia. Ogólnie mówiąc, jest to produkcja która pokazuje cienie kalectwa, niepełnosprawności. Z drugiej zaś strony jest to trudna lekcja życia, lekcja o paradoksach dorastania.
Nie byłoby tego filmu, gdyby nie świetna obsada aktorska. Doświadczeni, wybitni, genialni. Magdalena Walach i Bartłomiej Topa w roli rodziców oraz On –Maciej Musiał. Grając tę rolę, miał zaledwie 15 lat. Bał się, czy udźwignie ciężar roli chłopca, który na skutek porażenia prądem, stracił nogę i rękę. Według mnie nie zawiódł. Scena, która najbardziej zapadła mi w pamięci to moment, gdy Jasiek przywiązany pasami do szpitalnego łóżka, wije się z bólu. Jest tak mocna oraz pełna emocji, że powoduje u widza dreszcze.
Film pełen jest wzruszeń. Mnóstwo jest scen, obok których nie potrafimy przejść obojętnie. Podczas całego seansu niejednemu i to nieraz łza zakręciła się w oku. Zwłaszcza, że obok wydarzeń dramatycznych, pojawiają się sceny rodzinne, z dziećmi. Sceny, które możemy zaobserwować we własnym domu. To właśnie sprawia, że film ten ma ogromny przekaz. Jest nam tak bliski, tak łatwy w odbiorze. Zmusza do myślenia, zastanowienia, zmiany spojrzenia na różne sprawy. Daje nadzieję na lepsze jutro, mówi o walce mimo wszystko, bez względu na okoliczności. Uważam, że to właśnie zainspirowało scenarzystów do przeniesienia na ekran wzruszającej historii Meli.

Iwona Bęben
kl. II D
I LO im. St.Staszica


"CHCE SIĘ ŻYĆ"

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym , jak ważne jest zdrowie? Prawdopodobnie to ono daje prawdziwe szczęście, ale czy chory człowiek nie może być szczęśliwy? Film wyreżyserowany przez Macieja Pieprzycę pt.: „Chce się żyć” udowadnia, że każdy ma prawo do szczęścia. Jest to oparta na autentycznych wydarzeniach, wzruszająca historia Mateusza (Dawid Ogrodnik), chorego na porażenie mózgowe, który podejmuje walkę o szczęście.
Tuż po urodzeniu chłopca, lekarze wydają na niego wyrok – nazywają go „rośliną”. Rodzice Mateusza (Dorota Kolak, Arkadiusz Jakubik) nigdy nie pogodzą się z diagnozą lekarzy. Wierzą, że mimo problemów z poruszaniem się, syn jest w pełni sprawny intelektualnie. Okazują mu dużo miłości i troszczą się o niego. Nigdy nie pomyśleli, że Mateusz jest problemem i, że lepiej byłoby gdyby w ogóle się nie urodził. Jest dla nich kochanym synkiem, który potrzebuje pomocy rodziców jak każde dziecko. Mateusz to bardzo sympatyczny chłopak. Odnajduje przyjaciela w pewnej dziewczynie – Ance (Anna Kaczmarczyk), która mieszka po sąsiedzku. Jednak los sprawia, że chłopak musi trafić do specjalistycznego ośrodka. Mateusz szybko się zaaklimatyzowuje w nowym miejscu i postanawia podjąć walkę o prawo do normalnego życia. W placówce poznaje młodą wolontariuszkę Magdę (Katarzyna Zawadzka), która ubarwia jego szarą codzienność oraz lekarkę (Anna Nehrebecka), dzięki której nauczył się posługiwać symbolami Blissa.
Film budzi we mnie mieszane uczucia. Nie jestem nim zachwycona, ale też nie neguję całkowicie jego wartości artystycznych. Chciałabym zachęcić wszystkich ludzi do obejrzenia „ Chce się żyć”. Film opowiada historię ogromnie wzruszającą, zwłaszcza iż jest ona oparta na faktach. Myślę, że każdy powinien zobaczyć go na własne oczy, a po obejrzeniu poddać osobistej ocenie.

Marta Wolańska
kl. II D
I LO im. St.Staszica


"WAŁĘSA: CZŁOWIEK Z NADZIEI"

Film Andrzeja Wajdy „Wałęsa: Człowiek z nadziei ” opowiada historię Lecha Wałęsy, który razem z „Solidarnością" walczył o Polskę wolną od komunizmu. Główną rolę odgrywa Robert Więckiewicz, natomiast w postać żony Wałęsy – Danuty - wciela się Agnieszka Grochowska. W filmie możemy zobaczyć również innych znanych i wybitnych polskich aktorów takich jak: Zbigniew Zamachowski, Cezary Kosiński, Mirosław Baka, Maciej Stuhr czy Małgorzata Zajączkowska.
Film jest skrótem biografii Lecha Wałęsy - przybliża widzowi jego postać, ale także daje wyobrażenie o ówczesnej sytuacji w Polsce. Mimo tego że Wałęsa dla wielu jest wręcz bohaterem, w filmie pokazany jest przede wszystkim jako zwykły, niepozbawiony słabości człowiek. Jest to prosty robotnik, który dopiero z czasem staje się pełnym charyzmy i pewnym siebie przywódcą. Co prawda jest także postacią kontrowersyjna - zwłaszcza w drugiej części filmu widzimy, że nie wszystkim podobała się jego działalność. Ważną rolę w życiu Wałęsy odgrywa również jego żona Danuta, której często jest bardzo ciężko. Czasami czuje się samotna i brakuje jej wsparcia ze strony męża, zwłaszcza kiedy opiekuje się domem i troszczy o szóstkę dzieci.
Film pokazuje, że życie ludzi w czasach PRL-u nie było proste. Jednak postać Wałęsy dodaje filmowi nieco humoru i optymizmu, co uważam za dużą zaletę. Moim zdaniem mocną stroną filmu jest oprawa muzyczna. Ścieżkę dźwiękową wypełniają utwory artystów, których twórczość wiele mówiła o rzeczywistości początku lat 80-tych. Odzwierciedlają ówczesny stan ducha Polaków. Warto zwrócić uwagę na fragmenty filmów dokumentalnych, które pozwalają lepiej wyobrazić sobie minione wydarzenia i upewniają widza o prawdzie historycznej zawartej w filmie.
Uważam, że na dużą pochwałę zasługuje dobór aktorów. Robert Więckiewicz świetnie wciela się w postać byłego prezydenta. Świadczy o tym jego głos, sposób mówienia oraz gestykulacja. Warto również zwrócić uwagę na rolę Agnieszki Grochowskiej, która nieco chowa się w cieniu głównego bohatera, ale jest znakomicie zagrana.
Film podobał mi się, ponieważ dał mi wyobrażenie o ówczesnej rzeczywistości. Myślę, że jest wart obejrzenia, chociażby dla poznania polskiej historii. Uważam, że film zmienia sposób patrzenia na świat, jest ciekawy i wciągający.

Angelika Sternik
kl. I A
I LO im. St.Staszica


"SIERPNIOWE NIEBO. 63 DNI CHWAŁY"

Ciekawsza lekcja historii

Jak opowiedzieć obrazem o Powstaniu Warszawskim tak, aby wbić w kinowe fotele stroniącą od historii młodzież? Na to pytanie odpowiada Ireneusz Dobrowolski w swoim najnowszym filmie fabularnym, pt. „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”.
Szczerze mówiąc, obawiałam się, że oto mamy jeszcze jeden album z archiwalnymi zdjęciami i nagraniami, wzbogacony o recytowanie podręcznika do historii w tle. Albo – co gorsza – następną produkcję wykorzystującą historyczne tło do zatuszowania beznadziejności głównych wątków czy popisania się technologią 3D (jak choćby „1920 Bitwa Warszawska”). Jestem jednak mile zaskoczona.
Dzień, który mógłby być dniem wczorajszym, dzisiejszym czy jutrzejszym. Ruiny przedwojennej kamienicy. Budowlańcy odnajdują w nich ludzkie szczątki, biało-czerwoną opaskę i… książkę, która okazuje się być pamiętnikiem z czasów Powstania Warszawskiego. Znalezisko staje się ramą opowieści o siedemnastoletniej sanitariuszce Basi – pełnej młodzieńczego entuzjazmu, zakochanej, gotowej walczyć za ojczyznę. Jednak cały film jest przeplatanką jeszcze kilku innych wątków. Mamy postacie takie jak ukrywający się, tajemniczy staruszek (w czasie Powstania) czy bezwzględnych inwestorów, chcących – dla dobra swoich interesów – za wszelką cenę zataić odnalezienie „pamiątek” po wojnie (wątek dotyczący współczesności). Pojawiają się też chwytające za serce, autentyczne ujęcia z Powstania oraz… raperzy z Hemp Gru, stojący na straży historycznej prawdy.
Film spotkał się w Internecie z wieloma krytycznymi opiniami. Ich autorzy zarzucają chaotyczność i banalność. Nie potrafię się z tym zgodzić. Co do „chaotyczności”, jest ona raczej zaletą – dzięki przeplatanym ujęciom widz się nie nudzi i cały czas uważnie śledzi, co dzieje się na ekranie; płyniemy z nurtem historii Basi i jej przyjaciół oraz warszawskiego inżyniera, robiąc przystanki dzięki czarno-białym, starym obrazom i raperom. Banalność? A po co serwować ludziom ciężkostrawną porcję głębokich refleksji? „Sierpniowe niebo” to idealny przykład na to, że coś prostego w oryginalnym opakowaniu staje się bardzo atrakcyjne.
Uważam, że film zasługuje na pozytywną ocenę. Ogromny plus przede wszystkim za to, że jest on bardzo ciekawą, wymowną lekcją historii dla młodych Polaków. O ile podczas szkolnych zajęć uczniowie jednym uchem wpuszczają, a drugim wypuszczają słowa nauczyciela, o tyle z tych 75 minut spędzonych w kinie mogą wynieść naprawdę wiele. Najlepszym tego dowodem są brawa, które rozległy się po zakończonej projekcji.

Milena Traczyńska
kl. II D
I LO im. St.Staszica



"BLUE JASMINE"

Najnowszy dramat Woody'ego Allena pt. „Blue Jasmine” to niezwykła opowieść o zatraconych, kobiecych pragnieniach.
Historia przedstawia kobietę w kwiecie wieku, która traci wszystko: zapierający dech w piersiach dom z cudownym ogrodem, własną limuzynę, wszystkie karty kredytowe, majątek i miłość.
Jako młoda dziewczyna, zrezygnowała ze studiów, by móc ożenić się z mężczyzną jej życia, który był szanowanym i popularnym milionerem. Kobieta spełnia marzenie, nie kończy edukacji i od tamtej pory wiedzie królewskie życie, w otoczeniu ludzi z wyższych sfer.
Opowieść Jasmine poznajemy, gdy przeprowadza się ona do swojej przyrodniej siostry, Ginger (Sally Hawkins), z prośbą o pomoc w obliczu tragedii życiowej. Z każdą minutą filmu poznajemy obydwie bohaterki, a dzięki pomysłowi wprowadzenia retrospekcji z życia kobiet, dowiadujemy się powodu głównego wątku w filmie.
Cała fabuła nie jest wybitnie zmyślna, zadziwiająca. Milioner, który okazuje się być zwykłym złodziejem i od wielu lat macza palce w brudnych interesach, zdradza swoją żonę. Ta, w ramach odwetu oszukanej i bezradnej kobiety, składa donos na męża na policję. Gdy uświadamia sobie, co zrobiła, jest już za późno, gdyż władze nie dość, że aresztują Hala(Alec Balwin), który w więzieniu popełnia samobójstwo, to w dodatku konfiskują cały jego majątek. Jasmine zostaje sama, bez grosza, bez dachu nad głową. Pomocy szuka w domu swojej siostry, gdzie stara się wyjść na prostą. Próbuje zdobyć wykształcenie, posadę dekoratora wnętrz i znaleźć mężczyznę, gdyż nie może znieść samotności. Perypetie bohaterki nie są wyszukane, można przewidzieć, w jaki sposób potoczy się wątek. Jednakże należy zwrócić większą uwagę nie na fabułę, a na przekaz płynący z filmu.
„Blue Jasmine” zdecydowanie różni się od dwóch poprzednich ekranizacji Allena: „ Zakochani w Rzymie”, czy „O północy w Paryżu”. Oczywiście, mamy do czynienia z nietuzinkowym i błyskotliwym humorem reżysera, ale nie da się nie zauważyć smutku i rozpaczy, którą zauważamy w historii Jasmine. Cate Blanchett mistrzowsko gra kobietę oszukaną, zdradzoną i poniżoną moralnie. Genialnie odwzorowuje zachowanie bezradności i frustracji, gdy Hal oznajmia Jasmine, że dopuścił się zdrady. Blachett zdumiewająco utożsamia się z bohaterką, wydawałoby się, że opowiada ona swoją własną historię, a nie tą wykreowaną przez Allena.
Wraz z następstwami w filmie widzimy rozwój psychiczny Jasmine. Dzięki retrospekcjom poznajemy pewną siebie, piękną, zadbaną panią domu, która wydaje najlepsze przyjęcia w okolicy, która ma dobry gust i cieszy się szacunkiem wśród ludzi swojego pokroju. Z biegiem czasu wszystko zmienia się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Kobieta zaczyna popadać w obłęd, paranoję. Często wspomina swoje dawne życie, przez co czuje się spętana i uzależniona od wspomnień. Kurczowo i intensywnie stara się rozpocząć nowe życie, ale widmo zachwycającej przeszłości i przerażającej ją rzeczywistości, pozbawionej miłego dla ucha szelestu banknotów paraliżuje ją.
Intensywna wewnętrzna walka nie odnosi pozytywnych skutków. Pomimo tego, że Jasmine znajduje prace, próbuje się uczyć, to mieszkanie z siostrą, dwójką jej dzieci i kontaktem z niezrównoważonym psychicznie partnerem Ginger doprowadza ją do podjęcia intensywniejszego starania się o lepszy byt. Zadziwiające jest to, że nie poddaje się ani na chwilę. Pomimo tak wielu tragedii, nie myśli o samobójstwie ani nie pozwala na stoczenie się. Wydawać by się mogło, że nie wynikało to jedynie z chęci życia, ale z ogromnego poczucia dumy.
W filmie poznajemy wątek siostry Jasmine, Ginger, która nie ma szczęścia do partnerów życiowych, ale plecie swoje skromne życie w zaciszu domowym ze swoimi synami. Postać ta jest zupełnie inna niż główna bohaterka. Ginger wydaje się być zadowolona z życia, pomimo trudności finansowych i niestabilnego życia osobistego. Szuka po cichu lepszej drogi, ale nie może zdobyć się na odwagę i postarać się o nowe, lepsze „ja”.
Jest to piękna opowieść o wierze w złudzenia, które były remedium na szczęśliwe życie Jasmine. Doza humoru Allena rozluźnia atmosferę, ale nie odwraca uwagi od głównego problemu. Moim zdaniem Allen spełnił oczekiwania swoich fanów, gdyż nadał inny charakter swojemu nowemu „dziecku”. Osobiście obawiałam się, że „Blue Jasmine” będzie lustrzanym odbiciem dwóch ostatnich filmów, opowiadających o perypetiach kilku zakochanych. Tutaj Woody Allen przedstawia nam dramatyczną historię, która na pewno pozostawia ślad u odbiorów. Przypomina, że szaleństwo, wynikające z nadmiernej miłości do życia i pieniędzy może dotknąć każdego z nas. Przejmująca muzyka skomponowana przez Christophera Lennertza nadaje odpowiedni klimat i atmosferę, i zdecydowanie wpływa na odbiór emocjonalny problemu.
Moim zdaniem jest to film, na który warto zwrócić uwagę nie tylko na dobraną ze smakiem obsadę, ale także na bezkonkurencyjną grę aktorską Cate Blanchett, motyw zatracenia się w morzu ambicji i chorobliwa chęć odzyskania utraconego szczęścia.

Magdalena Wielgus
kl. II D
I LO im. St.Staszica


"JESTEŚ BOGIEM"

Gdy emocje już przynajmniej w pewnym stopniu opadły, czas najwyższy napisać o dziele, które wywołało mnóstwo hałasu i dyskusji. "Jesteś Bogiem" to film oparty na historii grupy Paktofonika, przy czym "oparty" jest tutaj słowem kluczowym. Ogromnym błędem jest mówienie, że najnowsze dzieło Leszka Dawida to film o Paktofonice. Być może ze względu na to niektórzy widzowie są zawiedzeni po obejrzeniu filmu, gdyż tak naprawdę jest to fabuła, w której wykorzystane są pewne fakty.
"Jesteś Bogiem" to, moim zdaniem, przede wszystkim film o poświęceniu, o przyjaźni, o ogromnej sile muzyki. To historia trójki chłopaków, którzy chcieli coś osiągnąć, którzy krok po kroku stają się głosem pokolenia młodych Polaków. Gorzka opowieść o prawdziwym życiu, przedstawiona w sposób dość brutalny. Właściwie trudno znaleźć osobę, która nie zna historii Magika, Fokusa i Rahima. Kiedyś zawiązali "pakt przy dźwiękach głośnika" i.... stali się legendą. Żywą legendą. Chociaż, trzeba przyznać, nie było łatwo. Każdemu, kto chciał się "wybić", świat i ludzie pokazywali, że nie jest tego wart, że to wszystko na nic. Trzeba było mieć naprawdę dużo cierpliwości, odwagi, charyzmy i mocną psychikę, by nie dać się stłamsić i wykorzystać. Chociażby sytuacja twórców Paktofoniki- pierwszy "wydawca" oszukuje ich, z drugim również, mimo dobrego początku, wcale nie kolorowo. Mimo wszystko, trzeba sobie jakoś radzić. Muzyka dyktuje ich rytm życia.
Dla Magika jest największą świętością. Tylko poprzez tworzenie może wyrazić siebie, dać upust emocjom, buntować się przeciw panującemu porządkowi. Tak samo jest z Rahimem i Fokusem- to melodia ich serc. To dźwięki szarych blokowisk, teksty o prawdziwym życiu. Nadzwyczaj szczerze i, w gruncie rzeczy, przepełnione swego rodzaju bólem, pretensjami do świata. Narodziła się wtedy kultura, która na zawsze zmieniła pogląd na muzykę. Między przyjaźnią opartą na dźwiękach, buntem, pojawia się jeszcze miłość. Magik próbuje się odnaleźć w roli przykładnego ojca i młodego męża, ma z tym ogromne problemy. Jak kończy- wszyscy wiemy.
Jednak pakt, jaki zawiązali ze sobą Magik, Fokus i Rahim na zawsze pozostał trwały.
Leszek Dawid stworzył film, który bije wszelkie rekordy, plasuje się w czołówce najczęściej oglądanych. Z pewnością ogromny wpływ na to miała obsada. Marcin Kowalczyk(w roli Magika), Tomasz Schuchardt(w roli Fokusa) i Dawid Ogrodnik(w roli Rahima) dali popis swoich umiejętność. Profesjonalnie i przede wszystkim wiarygodnie odegrane role sprawiały, że już zostali oni okrzyknięci odkryciami roku. Bycie wiarygodnym miało tutaj duże znaczenie, było jednocześnie trudne. Wcale nie jest łatwo zmierzyć się z legendą- Fokus i Rahim wciąż tworzą, czuwali nad tym filmem, a Magik wciąż żyje w sercach wielu osób. Obok wyżej wymienionej niezwykle zdolnej trójki, świetne role zagrali: Katarzyna Wajda(jako żona Magika), Arkadiusz Jakubik, Piotr Nowak. Wielkim atutem filmu są także zdjęcia wykonane przez Radosława Ładczuka.
Na "Jesteś Bogiem" trzeba patrzeć przede wszystkim jako na fabułę. Co prawda twórcy opierali się na książce Macieja Psiuka "Paktofonika. Przewodnik krytyki politycznej", lecz nie wszystko zostało wykorzystane. Nie należy ufać datom podanym w filmie czy kolejności pewnych faktów. Podstawą była historia Paktofoniki, z której reżyser sprytnie "powycinał" sobie pewne fragmenty i połączył je w całość, co dało film "Jesteś Bogiem". Film, który pozwala inaczej spojrzeć na polskie kino. Według mnie, najlepszy polski film, jaki pojawił się od czasów "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha. Warty polecenia dla wszystkich, którzy nie obawiają się zobaczyć prawdziwej Polski zamiast kolejnej komedii romantycznej. Niezwykle gorzki, przejmująco dobry.

Kinga Niekurzak
kl. III D
I LO im. St.Staszica


"JESTEŚ BOGIEM"

Legenda polskiego hip-hopu wskrzeszona na ekranie

Żeby pokazać na dużym ekranie historię legendarnej Paktofoniki i wbić nią w kinowe fotele tysiące widzów, pomysłodawca scenariusza – Maciej Pisuk – musiał przebyć naprawdę długą i wyboistą drogę. W wypadku filmu „Jesteś Bogiem” określenie „długo oczekiwany” zyskuje szczególny wymiar, bowiem potrzeba było niespełna dziesięciu lat, by gotowe dzieło ujrzało światło dzienne… Oprócz znalezienia producenta, który nie oczekiwałby wprowadzenia zmian w scenariuszu (a tym samym zbezczeszczenia tego, co chciał powiedzieć poprzez film artysta), Pisuk stanął przed nie lada wyzwaniem, aby udowodnić dwóm pozostałym członkom Paktofoniki – Fokusowi oraz Rahimowi – i rodzinie zmarłego Magika, że to nie chęć wzbogacenia się na tragedii lidera grupy popchnęła go ku takim działaniom. Po śmierci Magika ustawiała się cała kolejka chętnych do stworzenia tego filmu, więc nasuwa się pytanie, dlaczego i Pisuka chłopcy z Paktofoniki nie odesłali z kwitkiem. Jak wyznaje Rahim – „być może przez to, że on nie słuchał hip-hopu, nie znał do końca tego środowiska, stwierdziłem, że może warto z nim porozmawiać”.
Na takich filmach jak „Jesteś Bogiem” ciąży jedna istotna rzecz. Skoro tak wiele osób na niego czekało, to wymagania wobec produkcji są z pewnością ogromne i widać to po skrajnych emocjach, jakie zdążyła ona wywołać wkrótce po premierze. Faktem jest, że historia narodzin legendy zrobiła na polskiej scenie filmowej niemały harmider…
Zarzuty pod adresem „Jesteś Bogiem” dotyczą najczęściej tego, że film „rażąco mija się z prawdą”. Nie wszystkie wydarzenia przedstawione są w porządku chronologicznym – na przykład członkowie Paktofoniki poznali się znacznie wcześniej niż pokazuje ekranizacja. Krytycy nie zwracają jednak uwagi na bardzo ważną kwestię; twórcy kinowej historii Magika i jego przyjaciół nie ukrywają, że nie chodziło im o rzetelny dokument, tylko o przedstawienie artystycznej wizji narodzin Paktofoniki i walki młodych ludzi o swoje marzenia. Sfabularyzowanie tej opowieści nie jest minusem – wręcz przeciwnie; nadaje jej uniwersalności, która pozwala dotrzeć do większej liczby widzów. W filmie Magik, Rahim i Fokus są ukazani jako wrażliwi młodzi ludzie, mający pasje i realizujący je dzięki wzajemnemu zrozumieniu i wsparciu, a nie jako „wandale w dresach” szukający bójek na blokowiskach – bo tak, niestety, odbierano (i zdarza się, że nadal się odbiera) środowisko hip-hopowe.
Kolejne ataki na produkcję Leszka Dawida dotyczą obsady – wielu widzów rażą różnice w wyglądzie bohaterów. Ale jakie znaczenie dla widza ma na przykład to, że Fokus był wyższy? Zresztą, skoro już czepiamy się różnic, to należy też wspomnieć o podobieństwach – filmowy Rahim (Dawid Ogrodnik) ma wrażliwość wypisaną na twarzy, z kolei z Fokusa (Tomasz Schuchardt) emanują zdystansowanie i pozory „twardziela” – kontrast ten jest bardzo zgodny z rzeczywistością. Oczywiście największa presja ciążyła na Marcinie Kowalczyku, który musiał stanąć naprzeciw oczekiwań setek fanów zmarłego Magika. Mimo że to wyzwanie było balansowaniem na krawędzi i łatwo mogło się skończyć porażką, sam Rahim i Fokus, którzy wiernie śledzili, jak rodził się film i byli obecni na planie, przyznają, że intonacja, gesty, zachowanie – że to wszystko dawało wrażenie, jakby przez Marcina przemawiał duch Magika. I o to właśnie chodziło. Internauci często piszą, że mistrzostwo Kowalczyk osiągnął w scenie, w której rapuje „Plus i minus” na klatce schodowej – trudno się nie zgodzić.
Twórcom „Jesteś Bogiem” udało się pokazać jeszcze jedną rzecz, kto wie – być może właśnie najistotniejszą… Muzyka hip-hopowa nie trafia do wszystkich – to oczywiste. Ale i jej przeciwnicy mają pecha, jeśli nie poznają „ulicznej” muzyki sprzed dekady; Paktofonika bez wątpienia przetarła szlaki przyszłym twórcom polskiego hip-hopu i na swój sposób stała jakimś punktem zaczepienia. Dlatego można ubolewać, że dziś coraz mniej młodych ludzi zdaje sobie z tego sprawę i powoli to wszystko odchodzi w niepamięć. Ale filmowa historia narodzin legendy w ogromnym stopniu przyczyniła się do pewnego zahamowania tego procesu… Umiejętne odtworzenie ówczesnych wydarzeń zaistniałych na polskiej scenie muzycznej i opakowanie ich w artystycznej wizji przyciągnęło do kin setki tysięcy osób i sprawiło, że głos Magika rozbrzmiewa na nowo…

Milena Traczyńska, kl. I D
I LO im. St.Staszica


"ZAKOCHANI W RZYMIE"

Zakochani w kinie
Chwila relaksu przyda się zawsze. Taką myślą kierowali się uczniowie klas III D, II D, I D, I B, którzy w czwartek 13 września wybrali się do kina ETIUDA na inaugurację kolejnego roku spotkań Artystycznego Klubu Filmowego.
Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 10. Kierownik kina - pan Waldemar Włodarczyk przywitał serdecznie zarówno „weteranów” AKF-u, jak i nowe twarze spragnione dobrego kina. Przedstawił plan projekcji kinowych i zachęcał do odwiedzania kina jak najczęściej. Kiedy już wszyscy siedzieli wygodnie w fotelach, na ekranie pojawiło się najnowsze dzieło Woody'ego Allena.
„Zakochani w Rzymie" to najnowszy twór, który wyszedł z rąk Allena. Komedia poświęcona ludziom zmagającym się z codziennością w „Wiecznym Mieście”. Historia lekka i przyjemna, ale także z głębszym sensem. Połączenie historii Amerykanów odwiedzających piękny Rzym i rodowitych Włochów daje oszałamiający efekt. Po oczach bije ilość znanych twarzy - mamy ulubienicę reżysera- Penelope Cruz, włoskiego komika Roberto Benigni'ego, Judy Davis, a także samego sprawcę całego zamieszania- Woody'ego Allena. Pojawiają się także młodzi aktorzy: chociażby Ellen Page czy Jesse Eisenberg, którzy pokazują poprzez bardzo dobrą grę aktorską, że ich obecność w filmie mistrza, to nie przypadek. Mnogość wątków w
„Zakochanych w Rzymie" sprawia wrażenie chaosu- na szczęście kontrolowanego. Jest to doskonała metafora - Włosi, których miasto jest tłem fabuł, są przecież zwariowani, szaleni. Najciekawszą częścią filmu jest według mnie historia miłosnego trójkąta: Jack (Jesse Eisenberg) - Sally (Greta Gerwig) – Monica (Ellen Page). Z zaciekawieniem śledziłam ich dzieje, szczególnie zmiany, jakie zachodziły w toku myślenia Jack'a.
Atrakcyjny dla widza jest wątek Giancarlo (Fabio Armiliato), który niespodziewanie zostaje.. śpiewakiem operowym. Uśmiech mimowolnie rysuje się na twarzy widza, gdy na ekranie pojawiał się włoski komik. Sceny występów śpiewaka wywoływały salwy śmiechu na widowni - szczerego śmiechu, gdyż te sytuacje były niewymuszenie zabawne. Jeśli chodzi o kreacje aktorskie: absolutnie mistrzowski Allen, świetny Benigni, młody i zdolny Eisenberg - dobieranie aktorów perfekcyjnie pasujących do ról to zdecydowanie specjalność Woddy'ego Allena. Zabiegiem, który zdecydowanie wzmocnił siłę filmu było wprowadzenie konkretnego narratora, który pojawiał się raz po raz na ekranie i komentował błyskotliwie sytuacje. Jest to jeden z bohaterów „Zakochanych..."- John.
Pojawiają się głosy, że jest to film o niczym- nie zgadzam się z tym. Autor umiejętnie wyśmiewa stereotypy. Kluczową rzeczą w najnowszym dziele amerykańskiego reżysera jest tło fabuły - tym razem jest to Rzym. Piękne włoskie widoki, miasto, które wprost zaprasza nas w swe objęcia. Wspaniałe zdjęcia wykonane przez Darius'a Khondji to sama radość i przyjemność dla oczu. Swoisty nastrój, oprócz zachwycających krajobrazów, stanowi muzyka, która przede wszystkim nie przeszkadza widzowi. Całość stanowi kawał dobrego kina. Jeśli szukasz okazji do spędzenia miło czasu, pośmiania się, odetchnięcia, ale również obejrzenia inteligentnego kina – „Zakochani w Rzymie" to najlepszy wybór.
Dla wszystkich zakochanych już nie w Rzymie, a w kinie szykuje się kolejne spotkanie: projekcja oczekiwanego przez wielu osób- "Jesteś Bogiem" 29 września już w ETIUDZIE.

Kinga Niekurzak
kl.3 D
I LO im. St.Staszica


"JAK TO JEST"

16 czerwca 2012 roku odbyło się oficjalne zakończenie na przerwę wakacyjną co weekendowych spotkań Ostrowieckiego Klubu Filmowego. Kończąc ten rok szkolny uczniowie klasy artystycznej z I LO im.Stanisława Staszica mogli zobaczyć przedpremierowy pokaz filmu "Jak to jest" w reżyserii Bruce Webb'a.
Po ciekawym wprowadzeniu nas w klimat filmu przez kierownika kina Pana Włodarczyka, całkowicie skupiliśmy naszą uwagę na tym, co będzie działo się na ekranie. Jak się okazało już po pierwszych scenach, ten film to prawdziwa "perełka" będąca mieszanką problemów nastoletnich chłopców i ich rodziców.
Trudno zrobić film o problemach, z którymi większość społeczeństwa boryka się na co dzień, jednak Bruce Webb podszedł do tego brawurowo. Historia, jaką nam prezentuje, to przyjaźń między dwoma 15-letnimi chłopcami. Początkowo szczęśliwie spędzają ostatnie dni wakacji, próbując zaspokoić typowe dla ich rówieśników pragnienia, spowodowane podwyższeniem testosteronu. Piją alkohol, podrywają dziewczyny i marzą o swoich przyszłych przeżyciach seksualnych. Jednak czas beztroski szybko przerywa choroba jednego z nich. Chłopak staje twarzą twarz ze śmiercią i wie, że nie może się jej w żaden sposób wyrwać, powoli umiera. Jego rodzice załamują się, co wywołuje ogromny kryzys w ich małżeństwie. Starają się być silni, jednak bezradność wobec zaistniałej i tragicznej sytuacji sprawia, że jedynym wsparciem dla śmiertelnie chorego chłopca, staje się jego przyjaciel. Co więc pozostaje umierającemu? Ostatnie życzenie: nie umrzeć jako prawiczek. Wyzwanie to choć trudne do zrealizowania w łóżku szpitalnym po wielu perypetiach dochodzi do skutku, dzięki wytrwałości i wyrzeczeniu się własnych przyjemności przez przyjaciela, który był w stanie poświęcić wszystko dla kolegi. Finał osadzony na cmentarzu podczas pogrzebu chłopaka, który dzięki swojemu przyjacielowi umiera spełniony, to totalny wyciskacz łez. Mimo że tocząca się akcja filmu przygotowywała nas do takiego właśnie zakończenia, to tak szybkie doprowadzenie do końca biegu wydarzeń wywołało u mnie ogromne przygnębienie.
Film ten konfrontuje ze sobą świat dorosłych i kierujących się emocjami nastolatków. Pokazuje jak mocna więź tworzy się miedzy rówieśnikami mającymi podobne pragnienia i marzenia. Tylko oni są w stanie zrozumieć nawzajem swoje potrzeby i mimo przeciwności jakie zsyła na nich los, nie poddają się. Działając na przekór wszelkim regułom udowadniają, że prawdziwa przyjaźń pomaga osiągnąć wszystko czego tylko chcemy, nie przezwycięży jednak śmierci...
Idealne zestawienie scen i doskonale dograne szczegóły, sprawiły że śmiało mogę polecić ten film i zachęcić do udania się na jego premierę.

Martyna Michalska
kl. II D
I LO im. St.Staszica


"1920 BITWA WARSZAWSKA"

Do produkcji ,,1920. Bitwa Warszawska” podeszłam z należytą ostrożnością, gdyż filmy tego typu, dobrze zareklamowane i silnie wypromowane, często nie zaspokajają oczekiwań widzów nastawionych pozytywnie przez akcje promocyjne. W tym wypadku tak właśnie było: nowość 3D w polskiej kinematografii rozczarowała, okazała się klapą i kompletnym nieporozumieniem.
Dzieło rozpoczyna się ciekawie, ma ono potencjał i ciekawą historią do opowiedzenia: to opowieść o miłości poety i gwiazdy rewii na tle jednej z najważniejszych, przełomowych bitew w historii Polski. Ta wielowątkowość utworu dla mnie okazała się jego największą wadą. Od filmu biło nieumiejętnością uporządkowania wątków i ich zbilansowania, czuło się przesyt i niedostatek zarazem. Obcy dla reżysera był złoty środek, który by to ustatkował. Scenariusz napisany z pomysłem, dialogi świeże, z emocjami i uczuciami, jednakże gorzej z ich wykonaniem. Natasza Urbańska w roli aktorki Oli była sztywna, nazbyt wyrafinowana i irytująca, przy czym brakowało jej naturalności i dziewczęcego uroku. Borys Szyc także się nie popisał. Między jego bohaterem a Olą nie czuło się chemii, a to sprawiało, że główna para postaci straciła dużo na wiarygodności. Z postaci drugoplanowych, rewii gwiazd polskich według mnie wybił się tylko Adam Ferency jako czekista. Odegrał swą rolę fenomenalnie, z uczuciem i klasą. Zdjęcia filmu nie zachwycały, ponadto uważam, że technologia 3D była zbędna, nie stanowiła żadnej atrakcji. Ośmielę się nawet stwierdzić, że bez niej film nabyłby naturalizmu.
Raziło niestarannie wykonane przechodzenia od scen zwykłych do tych bitewnych, nieprzekonujące i sztuczne. Także muzyka nie spełniła swych podstawowych zadań, nie podkreśliła filmu ani nie dodała charakteru pojedynczym scenom. Muszę jednak przyznać, że film zaskoczył mnie pozytywnie swą szeroką paletą barw emocji, które wywoływał u odbiorcy, zwłaszcza tych negatywnych jak strach, lęk czy obawa.
Z przykrością muszę stwierdzić, że zamiast obiecanego wybitnego dzieła w filmografii Hoffmana otrzymujemy niewypał, w pięknym opakowaniu, ale zawsze niewypał.
Z ciekawości film można obejrzeć, lecz nie należy spodziewać się dzieła odświeżającego polską kinematografię.
Sylwia Wojsa
uczennica klasy II „D” LO im. St. Staszica


"ŚWINKI"

”Świnki” to dramat obyczajowy dwukrotnego zdobywcy Złotych Lwów na FDFF w Gdyni Roberta Glińskiego. Film przedstawia życie szesnastoletniego Tomka, który pochodzi z bardzo ubogiej rodziny. Na początku filmu główny bohater jest ukazany jako zdolny i „porządny chłopak”, który interesuje się astronomią, poświęca jej każdą wolną chwilę. Wszystko zmienia się, gdy poznaje dziewczynę o imieniu Marta. Dla niej Tomek gotów jest zrobić wszystko. Jednak Martę interesują tylko pieniądze. Aby zaimponować dziewczynie główny bohater poprzez swojego kolegę o rok starszego „Ciemnego” wchodzi w konszachty z nieuczciwymi ludźmi prowadzącymi „brudne interesy” między innymi przemyt przez granicę polsko-niemiecką czy prostytucją nieletnich. Skutkiem tego jest całkowite zatracenie się chłopca w nielegalnych interesach.
Tematyka filmu jest bardzo „na czasie”, pokazuje aktualne problemy „nowoczesnego społeczeństwa”, są to między innymi prostytucja nieletnich, nielegalne interesy, patologie w rodzinach. Robert Gliński doskonale zrealizował pomysł na ten film. Reżyser, wprowadzając elementy bardzo realistyczne, czasami nawet drastyczne (tak jak na przykład scena końcowa w celi) stara się przykuć uwagę widza. Chce, aby odbiorca uświadomił sobie, że istnieje taki właśnie świat, gdzie nie wszystko jest idealne, gdzie ludzie są zdolni do okropnych rzeczy, aby osiągnąć to, co powinno być najmniej ważne – pieniądze. Głównym bohater przekracza granicę z powodu dziewczyny w której się zakochał oraz swojej rodziny żyjącej w biedzie. Sam Robert Gliński w wywiadach podkreśla, że ten film powinien poruszać sumienia ludzi i spowodować dyskusję na szerszym forum.
Piszą, że film „Świnki” jest mocniejszy od filmu „Galerianki”. To prawda. Poprzez swoją prostotę, a jednocześnie wyszukane elementy oraz pokazanie scen drastycznych i rzadko pokazywanych w filmach trafia do widza bezpośrednio i doprowadza do rozmyślań o poruszanych problemach w filmie.
Film „Świnki” to szokujący i bezkompromisowy dramat obyczajowy. Przedstawiono w nim obraz pokolenia dla którego wszystko jest na sprzedaż, to tylko kwestia ceny, na sprzedaż są nawet uczucia. Ponadto film świetnie zrealizowany, z doborową obsadą, zmienia pogląd na życie. Warto go obejrzeć.

ANETA DZIOBA, KL.2„D” I LO im. St. Staszica


”O PÓŁNOCY W PARYŻU”

”O północy w Paryżu” to film, do którego podeszłam z dużym zainteresowaniem, ale także pewnym dystansem, gdyż media już zdążyły okrzyknąć go kasowym hitem, a to może zmylić widza. Film jednak nie rozczarowuje, przyciąga nutką magii, mami romantycznym klimatem i daje cenną lekcję historii sztuki lat dwudziestych XX wieku.
Tematyka filmu intryguje już od pierwszej minuty: początkujący pisarz przybywa ze swą narzeczoną do miasta miłości Paryża i zauroczony miejscem artystów poszukuje inspiracji do swej pierwszej książki. Akcja filmu toczy się swoim tempem, niezbyt szybkim, co pozwala widzowi cieszyć się każdym ujęciem oraz wysuwać własne wnioski i spostrzeżenia. Ponadto zabieg przejścia bohatera do przeszłości został zrealizowany wiarygodnie, mogło się wydawać, że przeskoki w czasie są czymś naturalnym i możliwym. Nastrój filmu, w większości sympatyczny i magiczny, wzbudził we mnie ciepłe uczucia i uśmiech na twarzy. Niewątpliwym plusem filmu okazała się dla mnie muzyka, przyjemna dla ucha, spokojna, oddająca piękno miasta, pozwalająca poczuć atmosferę towarzyszącą głównemu bohaterowi. Zdjęcia Paryża wykonano znakomicie. Jako widz miałam ochotę z miejsca przenieść się do tego wyjątkowego miejsca, przejść się tymi samymi ulicami i podziwiać te same widoki. Scenariusz dzieła nie zawiódł: dialogi były naturalne, lekkie, wszystko było idealnie ułożone, nie czuło się przesytu i ciężkości, a każda postać rozpisana była w ciekawy sposób. Owen Wilson jako zagubiony pisarz wypadł świetnie, jego bohatera nie dało się nie lubić. I choć wzbudził we mnie ogromną sympatię, jednakże w prawdziwy podziw wprawiły mnie postacie drugoplanowe: Alison Pill jako Zelda Fitzgerald i Adrien Brody jako Salvador Dalí. Kreacje tej dwójki wprowadziły do filmu niewybredny dowcip, kiedy pojawiali się na ekranie, scena należała tylko do nich. Nie najgorzej na ich tle wypadła młoda Rachel McAdams, która jako narzeczona Inez perfekcyjnie oddała charakter przyziemnej realistki. Nie mogę zapomnieć także o kostiumach pasujących do scen z lat dwudziestych i mody francuskiej. Minusem filmu było dla mnie obsadzenie w roli Adriany Marion Cotillard - jej gra aktorska była nie najgorsza, ale ja wolałabym oglądać na ekranie aktorkę młodszego pokolenia.
Podsumowując: z rąk Woody’ego Allena wyszło dzieło wyjątkowe wśród gatunku komedii romantycznych. Pozycja warta obejrzenia, by choć na 100 minut poczuć się częścią magicznego świata wykreowanego w filmie.

Sylwia Wojsa
uczennica klasy II „D” LO im. St. Staszica

REZERWACJE
Kasa kina prowadzi rezerwacje biletów tylko na grupowe seanse szkolne lub dla instytucji, firm i zakładów pracy: tel. 41/265-37-47 / e-mail: kino.etiuda@
mck.ostrowiec.pl
Kino prowadzi indywidualną przedsprzedaż biletów z tygodniowym wyprzedzeniem.
KASA KINA
Kasa kina czynna
na godzinę przed seansem.

Ceny biletów 2D:
16zł.-normalny
14zł.-ulg./familijny/
grupowy(zakł.pracy)
12zł.-grupy szkolne

Ceny biletów 3D:
20zł.-normalny
18zł.-ulg./familijny/
grupowy(zakł.pracy)
16zł.-grupy szkolne

Wszystkie osoby uprawnione do zniżki (uczniowie, studenci, emeryci i renciści) proszone są
o okazanie ważnej legitymacji.
PROMOCJE
KINO "ETIUDA" JEST WOLNE OD REKLAM !

PRZED SEANSAMI GRAMY TYLKO ZWIASTUNY FILMOWE.

SUPER-PROMOCJA WAKACYJNA:
na seanse dopołudniowe do godz.12:00
bilety w cenie:
3D-16zł.; 2D-12zł.

TANI WTOREK -
bilety w cenie:
3D-16zł.; 2D-12zł.

Karta dużej rodziny:
seanse 3D - 16zł.
seanse 2D - 12zł.

PROJEKCJE
W RAMACH AKF: 12zł./14zł.
PLAN SALI KINA